Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybet. Pokaż wszystkie posty

13 listopada, 2018

Tybetańczycy

Październik 2018. Mam jeszcze trochę ciekawych obserwacji dotyczących Tybetańczyków i ich zwyczajów, powoli odchodzących w przeszłość pod naporem okupacyjnej chińskiej polityki i, coby tu nie mówić, zmiany stylu życia niesionego przez naszą globalną cywilizację.
Tybetańczycy mogą mieć bardzo czarną skórę, o czym czytałem, ale co innego zobaczyć to na własne oczy:
Tibetans can have quite dark carnation
Ten akurat pobierał opłaty za toaletę przy parkingu i sprzedawał to, co ma zawieszone na piersi. Dla porównania opalony kaukazczyk:
For comparison: a sunburnt Caucasian
Jasna karnacja jest tu jednak w cenie, jak wszędzie na Dalekim Wschodzie. W jednej z sal Potali znajduje się malowidło zajmujące całą ścianę i przedstawiające historię Tybetu. Jak wiadomo z legendy, Tybetańczycy pochodzą od małpy, niektórzy twierdzą, że był to makak, w którą akurat był wcielony bodhisattwa Awalokiteśwara. Na polecenie swojego guru przybył on na teren obecnego Tybetu, w owym czasie gęsto porośnięty lasami i pełny demonów i różnych potworów. Pewna olbrzymka-ludojadka (choć nie było tam jeszcze ludzi) zaczęła robić karesy medytującej małpie. Ta jednak, przynajmniej w wersji opowiedzianej przez byłego mnicha, nie uległa, a po powrocie do Indii opowiedziała wszystko swojemu guru. Ten polecił  jednak małpie powrócić do Tybetu i ożenić się z ludojadką. Z tego związku powstali Tybetańczycy, którzy po Awalokiteśwarze odziedziczyli skłonność do miłosierdzia a po ludojadce do wpadania w gniew.
Ale ja chciałem o karnacji Tybetańczyków. Na tym malowidle zostali przedstawieni trzej królowie Tybetu (VI do IX wieku). O dziwo, skórę mają białą, a właściwie lekko zaróżowioną, jakby dopiero co wyszli z gorącej kąpieli. Pierwszy król doprowadził do rozkwitu Tybetu, założył Lhasę i zażądał od władców Nepalu i Chin po żonie dla siebie. Ci woleli nie zadzierać z nim i przysłali każdy po księżniczce. Każda z nich przywiozła z sobą po posągu młodocianego Buddy (chińska ze złota, nepalska z brązu) i każda kazała zbudować buddyjską świątynię w Lhasie. Król wysłał swoich ministrów do Indii na naukę buddyzmu, ale tylko jeden powrócił i stworzył tybetański alfabet. Drugi z królów sprowadził  po pewnym czasie buddyjskich mnichów z Indii i to oni powoli zaczęli wdrażać Tybetańczyków do buddyzmu. Trzeci był tak pobożnym buddystą, ze dbał tylko o religię a władzę chciał oddać mnichom. Został zabity przez swojego brata, który obawiał się złych skutków takiej polityki dla potęgi Tybetu. Kiedy on z kolei objął władzę po zabitym bracie, zaczął prześladować mnichów. Sam został w końcu zabity przez mnicha, a Tybet rozpadł się na małe i skłócone państewka. Zjednoczony został dopiero przez Mongołów w okresie ich potęgi i oni właśnie ustanowili instytucję dalajlamy. Piąty dalajlama przejął pełnię władzy w kraju i jako znak swojej hegemonii zbudował Potalę na miejscu zamku królewskiego. (Tu warto wtrącić, że dalajlama sprawował władzę nad całym Tybetem z wyjątkiem rozległej i bogatej prowincji Shigatse, którą władał panczenlama.) Niestety w Potali nie pozwalają robić zdjęć a sprzed wspomnianego malowidła z białymi królami to nas nawet przegonili, żebyśmy nie tamowali ruchu turystycznego.
W stolicy już nie widuje się tak ciemnych obywateli:
The skin is not so dark in the capital
Faces, faces...
Two generations
Spotyka się jeszcze mężczyzn noszących grube tradycyjne płaszcze ale odsłaniających połowę torsu (przez sprytne podwinięcie poły płaszcza,;oczywiście, kiedy jest dostatecznie ciepło):

Traditional man fashion: a coat, but half of the torso is uncovered (in the hot weather)
No i oczywiście wszędzie mnisi i pielgrzymi:



Monks and pilgrims
W klasztorze tylko mała grupa młodych mnichów studiuje buddyzm (co trwa 20 lat). Większość po prostu pracuje na utrzymanie klasztoru: sprzątają, opiekują się posągami (codziennie ofiara siedmiu miseczek świeżej wody ustawionych przy posągu, też pokarmy), przyjmują od pielgrzymów zamówienia na modlitwy, pilnują porządku, wyrabiają dewocjonalia kupowane przez pielgrzymów i je sprzedają:
Kiosk in a temple
A na prowincji? Mała sprzedawczyni pamiątek przy widokowym parkingu:
A young seller of everything tourists would like to buy
Niektóre nawet popisują się tańcem:
Dancing for tourists 
A teraz sprawa poważniejsza:
The red sharf may denote a Khom from a group of Tibetans known as tough fighters
Ta czerwona opaska na głowie może oznaczać Khoma. Khomowie, zamieszkujący tereny na wschód od Tybetu właściwego/centralnego, byli kiedyś postrachem okolicznych mieszkańców - po prostu bandytami i rabusiami. To oni rozpoczęli zbrojne powstanie kiedy Chińczycy w 1953 roku zażądali od wszystkich Tybetańczyków oddania wszelkiej posiadanej broni. Potrafili przez kilka lat nieźle zaleźć chińskim wojskom za skórę. Kiedy w 1959 podeszli pod Lhasę, Chińczycy postanowili aresztować dalajlamę, który odmawiał, klucząc na wszystkie strony, potępienia powstania. To właśnie wtedy Tybetańczycy na wieść o zagrożeniu dalajlamy otoczyli Norbulinkę, w której akurat przebywał, pierścieniem złożonym z 15 000 bezbronnych ludzi. Z kolei chińskie wojsko otoczyło ich zewnętrznym pierścieniem wzywając dalajlamę do poddania się. Dalajlama jednak postanowił inaczej. W czasie bardzo silnej burzy piaskowej wyszedł wraz z najbliższym otoczeniem z Norbulinki, przeszedł niezauważony przez oba pierścienie (pomogła burza) i uciekł w stronę Himalajów. Jego ucieczkę zauważono dopiero dwa dni później, kiedy zdenerwowani Chińczycy zaczęli ostrzeliwać Norbulinke z dział. Zginęło wielu jej bezbronnych obrońców, ale dalajlama się nie poddał, bo go tam już nie było. Dopiero kiedy wkroczono do ruin Norbulinki zorientowano się, co się stało. Podobno trzy dni drogi za uciekającym dalajlamą jechała kawaleria pięciuset Khomów ze specjalnych oddziałów, których członkowie ślubowali raczej zginąć niż poddać się Chińczykom. Chińczycy byli, na szczęście, wyraźnie zdezorientowani i dalajlamy nie ścigali. Dalajlama osiadł w Indiach, powstanie jeszcze się tliło przez kilka lat wspomagane przez CIA, ale kiedy stosunki amerykańsko-chińskie się ociepliły, CIA musiała wstrzymać akcję.
Tybetańczycy są narodem bardzo praktycznym. Na przykład: buddyści nie jedzą mięsa, ale na znacznej części Tybetu nie można uprawiać żadnych roślin i prawie jedynym pożywieniem jest mięso jaka (oprócz przywożonej mąki jęczmiennej, tzompy). Znalezione przez Tybetańczyków rozwiązanie tego dylematu polega na odmówieniu specjalnych modlitw (o ile to możliwe przez sprowadzonego w tym celu mnicha), które mają pomóc jakowi w lepszym (o ile to możliwe ludzkim) kolejnym wcieleniu w zamian za poświęcenie swojego życia dla dobra ludzi.
Nasz przewodnik, Deva, opowiedział nam ostatniego dnia o swoim życiu. Zaczął od tego, że jego matka miała trzech mężów, rodzonych braci. Podobnie, jego trzej bracia mają wspólną żonę. Deva tłumaczył to względami ekonomicznymi: mają trochę ziemi, ale za mało, żeby z niej wyżyć, i małe stado jaków, owiec i kóz, ale też zbyt małe, żeby mogło utrzymać liczną rodzinę. Razem też nie daje ten majątek możliwości dostatniego życia. A tak, jak opowiadał Deva, najstarszy brat, głowa rodziny zajmuje się w lecie gospodarką, a obaj młodsi bracia pracują zarobkowo: jeden jako kierowca ciężarówki, a drugi jako budowniczy domów na zachodzie Tybetu, gdzie Chińczycy przymusowo osiedlają nomadów, a przecież nomadzi nie znają się na budowie domów. Na zimę wszyscy zbierają się w rodzinnym domu. Co porabia sześć sióstr Devy nie wiemy, poza tym, że dwie mieszkają w Lhasie. Sam Deva ma jedną żonę i jednego syna. Ale poliandria jest w Tybecie ciągle powszechna, zwłaszcza na wsi. Wśród bogatych ludzi zdarza się i poligamia, wtedy zwykle siostry wspólnie wychodzą za mąż.
Tybetańczycy chodzą z "różańcami", które mają 108 paciorków i służą do odmawiania sutr i mantr, ale, według Devy, wiekszość ludzi zna tylko jedną mantrę "Om mane padme hum". Jej odmawianie, podobnie jak chodzenie na korę, ma skutkować poprawą karmy.
Ciekawa jest wiara w inkarnowanych lamów, nazywanych tulku i będących wcieleniem któregoś z bodhisatwów lub, w przypadku linii kobiecej, bogiń. Jest takich tybetańskich linii podobno dziewiętnaście (liczba nie sprawdzona, na świecie ma ich być około pięciuset). Podobno jeden z tulku oświadczył niedawno, ze nie zamierza przez długi czas się wcielać. Inkarnowani mnisi lub mniszki cieszą się boską czcią i na przykład ich mocz uchodzi za najlepsze lekarstwo na wszystko. Najbardziej znanym tulku jest dalajlama, wcielenie Awalokiteśwary, drugim w hierarchii jest panczenlama, wcielenie Buddy Amitabhy. Co ciekawe, Amitabha jest ważniejszy w buddyjskiej hierarchii niż Awalokiteśwara, ale dalajlama jest w Tybecie ważniejszy od panczenlamy, bo Awalokiteśwara był pra-potomkiem Tybetańczyków.
Tulku świadomie steruje swoim kolejnym wcieleniem, ale tak w ogólności to o wcieleniu decyduje karma, czyli skutki czynów popełnionych w poprzednich wcieleniach. Czterdzieści dziewięć dni po śmierci to okres przygotowania do kolejnego wcielenia; wtedy można składać za zmarłego ofiary, żeby mu pomóc w możliwie jak najlepszym przyszłym życiu. Po śmierci dusza (buddyści chyba mają tu inny termin) początkowo nie wie co się dzieje, jest jakby uśpiona, ale powoli zaczyna sobie uświadamiać swoją karmę i konieczność takiego a nie innego wcielenia jako jej skutku. W końcu obserwuje stosunek swoich rodziców (też zwierzęta) i wciela się w poczęte dziecko. Może również trafić do piekła, którego buddyjskie opisy w niczym nie ustępują chrześcijańskim. Wydostanie się z piekła jest możliwe, ale niezwykle trudne a męki straszliwe.
Tybetańczycy są na ogół bardzo dobrze nastawieni do turystów i chętnie pozują do zdjęć, czasem nawet sami zachęcają aby ich sfotografować:
 
Photo, please
Jak długo jeszcze utrzyma się ta kultura? Deva twierdzi, że młodzież już nie zna czystego tybetańskiego, a do klasztorów, które są jedynymi miejscami uczenia języka i tradycyjnej religii i kultury tybetańskiej, można obecnie przyjmować tylko osoby pełnoletnie.





15 sierpnia, 2018

Lhasa: klasztory Drepung i Sera, Norbulinka


Wtorek, 14 sierpnia. Dalsze zwiedzanie Lhasy, wszystkie obiekty położone są na obrzeżach miasta. Klasztor Drepung, założony w XV wieku jako jeden pierwszych klasztorów Żółtych Czapek, była to siedziba dalajlamów, dopóki dalajlama piąty nie zbudował Potali w XVII wieku. Fragmenty klasztoru:
Drepung Monastery
oraz widok z klasztoru na nową Lhasę i jej otoczenie:
The view from Drepung towards new Lhasa quarters and the mountains behind
Malunki na skałach w okolicy klasztoru (w środku, między Buddami, przedstawienie ptaka Garudy, czyli rumaka boga Wisznu; jakie ma on znaczenie dla buddystów?):
Rock paintings at Drepung
Był to jednocześnie jeden z największych klasztorów na świecie. Przed przyjściem Chińczyków mieszkało tu 10 000 mnichów, obecnie ok. 400.  Wielu mnichów wyemigrowało z dalajlamą, resztę wyrzucono. Same budynki niewiele ucierpiały.  Na święto jogurtu jest tu wywieszona olbrzymia thanka z jednym z symboli buddyjskich:
A huge thanka high on a mountain slope over the Drepung Monastery
A na pożegnanie, na stoiskach z pamiątkami, znajduję za szybą banknot tybetański z czasów przed "przyjściem Chińczyków" (tak tu często mówią):
Tibetan note before "Chinese came" with Tibetan script

Kolejnym obiektem na naszej trasie jest letni pałac dalajlamów Norbulinka, założony przez siódmego dalajlamę, który przyjeżdżał tu leczyć reumatyzm w gorących źródłach. Rozbudowany znacznie przez trzynastego dalajlamę, najnowszy budynek otrzymał od obecnego, czternastego dalajlamę, który cieszył się nim tylko trzy lata i stąd wymknął się Chińczykom na wygnanie do Indii.
Summer palace of dalajlama at Norbulinka
 To tutaj koncentrują się obchody święta jogurtu: w olbrzymim parku (najwyżej położony park na świecie) rodziny rozkładają się na piknik:
Let's go for picnic: this is the yogurth festival!
Picnic at Norbulinka Park
Need more food?
Na specjalnej scenie obok pawilonu, skąd dalajlama mógł obserwować wydarzenia, cały dzień odbywają się przedstawienia tradycyjnych oper.
Traditional Tibetan opera
Święto trwa tydzień, teren jest codziennie zalany Tybetańczykami

Klasztor Sera to prawie rówieśnik klasztoru Drepung, należy również do sekty Żółtych Czapek:
The entrance to the main temple at the Sera Monastery
Oglądamy tu mandale usypane przez mnichów z kolorowego piasku (niestety w szklanych gablotach):
Mandalas from sand (typically they are destroyed after festival)
Zwykle takie mandale są niszczone po zakończeniu święta, na które zostały przygotowane, a piasek zabierają do domów pielgrzymi jako relikwie. Obecnie jednak każdy może obejrzeć takie mandale umieszczone w szklanych gablotach. Sera była ważnym centrum nauczania buddyzmu, nawet obecnie działają tu trzy „wydziały”: w jednym nauczany jest buddyzm tantryczny, w dwu pozostałych filozofia buddyjska. Mnichów jest ok. 400. Codziennie odbywają się publiczne dysputy studentów z charakterystycznym tańcem i klaskaniem w dłonie zadającego pytania, odpowiadający siedzi na ziemi. Po pewnym czasie następuje zmiana ról:
Public discussion of young monks at Sera (click to start the movie)

Wieczorem szukam herbaty z jaczym masłem. Piłem ją już dwukrotnie i polubiłem, ale typowa odpowiedź jest „akurat nie mamy” albo jest serwowana w olbrzymich termosach na trzydzieści lub piętnaście filiżanek  (a oprócz mnie właściwie nie ma chętnych w naszej grupie). Teraz spotkało mnie podobne przyjęcie, ale w końcu ją dostałem dzięki jakiemuś Tybetańczykowi, który mnie zaprosił na pogawędkę, i to jako poczęstunek. Mój towarzysz od czasu do czasu walił pięścią w otwartą dłoń i smętnie mówił "Ech, Chinese".

14 sierpnia, 2018

Gyangtse i Shigatse

To wynik podziału zbyt dużego posta: ciąg dalszy skróconego posta nazwanego obecnie Jezioro Yamdrok i Przełęcz Karo 

Niedziela, 12 sierpnia. Całą noc pada, ale rano, kiedy wracam ze śniadania, mam za oknem piękną tęczę. Dzień będzie suchy, częściowo nawet słoneczny. Rano zwiedzamy klasztor Palcho, w którym zgodnie żyją mnisi trzech tybetańskich sekt buddyjskich (co się  gdzie indziej nie zdarza). Klasztory buddyjskie są bardzo fotogeniczne:
Palcho monastery in Gyangste surrounded by a high wall
Kumbum (stupa) in Palcho is 35 m high: it is one of the symbols of Tibetan buddhism
A w środku?
Meeting room: here all monks gather to chant mantras and sutras 
The library with Tibetan scripts
The altar with Buddha Siakjamuni (the Present Buddha)
Na wysokim wzgórzu nad miastem króluje pałac-zamek, historyczna siedziba miejscowych możnowładców, niestety zamknięty dla zwiedzających:
The castle in Gyangtse over the old city and the temple
Droga z Gyangtse do Shigatsu (drugiego co do wielkości miasta w Tybecie, trochę ponad 200 000 mieszkańców) prowadzi przez najżyźniejszy obszar Tybetu, ale to tylko 90 km.

W Shigatse kolejny klasztor na naszej ścieżce: Tashilhumpo, siedziba panczenlamy, drugiego w tybetańskiej hierarchii lamy-wcielenia jednego z bodhisattwów. Aktualny panczenlama akurat przebywa w klasztorze na wakacjach, na stałe rezyduje w Pekinie. Nic dziwnego, że dalajlama nie uznał jego wyboru sterownego przez chińczyków. Historycznie, panczenlama sprawował też władzę świecką w prefekturze Shigatse (wyłączonej spod legislatury dalajlamy) od chyba XVIII wieku. Obejmowała miedzy innymi, jak i teraz, północne stoki Mount Everest'u.
Private apartments of panchenlama (those with orange courtains)

Okazało się, że nasz przewodnik spędził w tym klasztorze trzynaście lat, wstępując tu w wieku lat jedenastu. Musiał odejść w związku z niepokojami po wyborze "aktualnego" panczenlamy w 1995 roku i nie dostał zgody na wstąpienie do innego klasztoru.
Teraz ma żonę i dziewięcioletniego syna.
Our guide Dewa (in white shirt) spent in Tashilhumpo monastery 13 years as a monk
Klasztor został zdewastowany w czasie "rewolucji kulturalnej" włącznie ze zniszczeniem grobów poprzednich panczenlamów (w formie czortenów-mandali); co z ich szczątków udało się potem wygrzebać z ruin, zebrano teraz w jednym wspólnym czortenie. Ponieważ jednak klasztory i świątynie burzyli Tybetańczycy, przeważnie nie z własnej woli, chociaż różnie to bywało, ocalał budynek z czortenem panczenlamy szóstego (o ile nie pomyliłem numeracji), chociaż nikt nie wie dlaczego ocalał i dlaczego akurat ten. Wszystkie pozostałe budynki zostały odbudowane. Obecnie przebywa tu 900 mnichów (tradycyjnie 4000), co jest oszałamiająca liczbą, jak na chiński Tybet, ale niewątpliwie wynika to z dobrego "ustawienia" panczenlamy.
Details of wooden artwork

W klasztorze jest też pochowany poprzedni, dziesiąty panczenlama, który zmarł już po „rewolucji kulturalnej”. Ciała lamów i panczenlamów są tu konserwowane w soli, czasem nawet w pozycji stojącej lub siedzącej, i, po okresie publicznego wystawienia, chowane (razem z solą) w czortenie. Ciała innych ważnych lamów, na przykład opatów klasztorów, są kremowane a prochy umieszczane w czortenach (odpowiednio mniejszych). Ciała zwykłych ludzi mają pogrzeb podniebny lub wodny. W pierwszym wypadku, najbardziej rozpowszechnionym, ciała są rozdrabniane i przeznaczane na pokarm dla sępów i innych ptaków. W drugim, po prostu spuszczane do rzeki. W obu wypadkach właściciele ciał mają jeszcze okazję wspomóc istoty żywe. Pochowanie ciała w ziemi jest stosowane tylko wobec największych złoczyńców, ziemia ma zamknąć im dostęp do kolejnych dobrych wcieleń.
Jutro wracamy do Lhasy. A póki co, znowu się rozpadało.

13 sierpnia, 2018

Powrót do Lhasy, kora wokół Jokhang, literatura tybetańska



Poniedziałek, 13 sierpnia. Przejazd z Shigatse do Lhasy. Wzdłuż szosy biegnie nowa linia kolejowa łącząca te miasta:
New railroad Lhasa - Shigatse
Na przełomach Jarlungu:
Jarlung rivers cuts its way across mountains
ginie ona w tunelach, bo nie ma tam miejsca na szosę i tory. Wokół wspaniałe góry  (pokazują się na chwilę ośnieżone szczyty, ale to po drugiej stronie autobusu, więc dowiaduję się o tym poniewczasie):
 
Fantastic mauntains around!
Po drodze mijamy klasztor bon, przedbuddyjskiej religii Tybetu (z której tutejszy buddyzm wiele przejął, obecnie oficjalnie uznana przez dalajlamę jako autentyczna religia tybetańska):
Monastery of bon - pre-buddist Tybetan religion - surrounded by prayer flags

Wieczorem odbywam korę wokół świątyni Jokhang (Dżokhang) ulicami miasta (nie fotografowałem w tym czasie, więc tylko słowna relacja). Korę buddyści odbywają zawsze w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara (wyznawcy przedbuddyjskiej religii bon w przeciwnym kierunku, ale oczywiście nie wokół świątyń buddyjskich - mają swoje; święte góry i jeziora są natomiast wspólne i tam można ich odróżnić po kierunku okrążania). Na korze wokół Jokhang tłum jest tak duży, że poruszanie się w przeciwnym kierunku jest znacznie utrudnione. Ludzie idą, wielu z różańcami, niektórzy z młynkami modlitewnymi. Dzieci, młodzi, średni i starzy. Stroje tradycyjne, garnitury albo dżinsy. Część pątników odmierza trasę długością własnego ciała: przyklękają, wyciągają się na całą długość ciała z rękami w przedzie, podnoszą się, robią trzy kroki do punktu, gdzie sięgały czubki palców, i powtarzają całą procedurę od nowa. Niektórzy mają ochronne fartuchy, częste są grube rękawice, a niektórzy mają deseczki na kolanach i dłoniach. Na takich deseczkach można się silnie odbić i dodatkowy kawałek przejechać w pozycji leżącej: kamienie na ulicy są dobrze wyślizgane. Czasem koło takiej pątniczki kręci się córeczka, czasem „kroczą” tak całe rodziny. Pod zamkniętą już o tej porze świątynią ludzie biją pokłony, w dzień biją i przed i na dziedzińcu, ale jest ich mniej ze względu na upał. Spędziłem kiedyś trzy dni (dokładniej dwie noce) w buddyjskiej świątyni w Korei: uczyli mnie między innymi i bicia pokłonów (dla nie-buddystów ma to być poznawanie buddyjskiej kultury): zrobienie 100 pokłonów daje trochę w kość, ale można się szybko wytrenować. Kora wokół Jokhang to nie więcej niż półtora kilometra, ale kora wokół świętej góry Kajlasu (?, na zachodzie Tybetu) zajmuje metodą odmierzania ciałem pięćdziesiąt dni, jak się dowiedział pewien dziennikarz, który spotkał tam dwu staruszków odbywających ją w ten sposób. Trasa ma długość ponad pięćdziesiąt kilometrów i przechodzi przez przełęcz ponad 5700 m n.p.m. Tybetańczycy zwykle robią ją w jeden dzień, turyści w trzy.
Ponieważ nie byłem zbyt zaangażowanym pielgrzymem, kiedy natrafiłem na księgarnię natychmiast do niej wszedłem. Z lewej strony książki czysto chińskie, z prawej tybetańsko-chińskie (Tybetańczycy mają własny alfabet od siódmego wieku naszej ery). Okazało się, że są tu akurat dokładnie trzy książki z angielskim tekstem: jedna z nich to podręcznik angielskiego dla szkół, drugą zakupiłem od razu, a trzecią następnego dnia.
Moja pierwsza książka po tybetańsku to zbiór porad etyczno-religijnych napisach około trzystu lat temu i splatających elementy buddyjskie z islamskimi. Tytuł „Khache Phalu’s Book of Advice”; Khache oznacza w tybetańskim muzułmanina, a Phalu to imię. W Lhasie i Shigatse istniały kolonie muzułmanów kaszmirskich, powstałe w celach handlowych, przynajmniej od XVII wieku, i stąd te wzajemne relacje. Nie wiadomo, kto ten tekst napisał, niektórzy przypisują go siódmemu panczenlamie lub jego mistrzowi duchowemu, który miał kaszmirskiego przyjaciela, inni jednemu z muzułmanów, który urodził się w Tybecie i perfekcyjnie znał tybetański. Tekst jest napisany mową wiązaną, która w Tybecie ma bardzo ścisłe reguły, oraz zawiera typowo tybetańska metaforykę. Ale odwołuje się kilkakrotnie do „Najwyższej istoty” czyli Boga, a niektóre fragmenty wydają się być inspirowane przez poematy perskiego poety Saadi’ego „Gulistan” i „Bustan”. Książka zawiera, oprócz tekstu tybetańskiego, tłumaczenie na angielski oraz obszerne wprowadzenie po angielsku. Została wydana przez Tibet’s People Press w 2015 roku.  Druga książka nosi angielski tytuł „The senile woman’s eulogy of the dispute between the tea fairy and the chang fairy”; chang to nazwa jęczmiennego lub ryżowego piwa produkowanego w Tybecie i Nepalu. Oprócz tekstu tybetańskiego, znajdziemy tu tłumaczenia na chiński i angielski oraz komentarz po chińsku z angielskimi wstawkami; opis wydawcy jest tylko po chińsku, rok wydania 2014.