Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty

11 stycznia, 2020

Orszak Trzech Króli. Wielbłądy

6 stycznia 2020. Uroczystość Objawienia Pańskiego oraz Misyjny Dzień Dzieci, a od kilku lat okazja do wspaniałej zabawy. Ruszyłem się w końcu z tej okazji i ja. Szopka spora:
a w szopce, pomimo chłodu Święta Rodzina:
czekająca na Trzech Króli (niestety trudno było się gdziekolwiek bliżej dopchać, więc zdjęcia są robione z daleka, ale wszystko jest na YouTubie). Przed szopką brama powitalna i roztańczone i rozśpiewane anioły:
Kto nie widział jeszcze anioła, warto się wybrać, zwłaszcza że były one dobrze wyposażone na nasz styczniowy klimat. Na Krakowskim czekamy na Króli:
Już są blisko:
Pierwszy Król - afrykański, jedzie na wielbłądzie:
Wielbłąd niezbyt wysoki, ale ma za to wspaniałe dwa garby, widać, że jest dobrze odżywiony i ufutrzony. I już zaraz chiński smok:
 i azjatycki Król:
A na końcu:
z Królem bitnym:
I pomyśleć, że wspomniani w Ewangelii św. Łukasza magowie ze Wschodu to, według historyków, najprawdopodobniej rzeczywiście "magowie" czyli astrolodzy i kapłani perscy. Mogą być patronami zarówno wszystkich podróżujących jak i naukowców.
Było nie było, ktoś musi mieć oko na tych wszystkich króli w koronach i bez:
 Nie zabrakło i warszawskiego "sky-line" pod szarym niebem:
Przyglądał się nam zadumany Dziadek:
a i Lech Kaczyński jakby chciał się dołączyć do pochodu, chociaż w tej marynarce nie było mu zbyt ciepło:
Żywy wielbłąd to niewątpliwie duża atrakcja na ulicach Warszawy, ale jak wspomniałem nie był on wysoki. Tak naprawdę z siodła na dromaderze patrzy się na świat z wysoka:
Odbyłem wielbłądzią przejażdżkę w Katarze w 2010 roku; siedzi znacznie wyżej nad powierzchnią ziemi niż na koniu. Wsiadanie i zsiadanie jest możliwe tylko gdy wielbłąd się położy:
Te wielbłądy czekały na turystów w miejscu, gdzie samochody jadące na pustynne safari miały spuszczane nieco powietrza z opon (przy powrocie trzeba opony z powrotem dopompować i przy okazji odnotować powrót). I spacerek na wielbłądzie i jazda samochodem po pustyni (zawsze jadą przynajmniej dwa samochody, naprawdę można się zakopać w piachu), są warte spróbowania. Przejechałem się jeszcze na dromaderze w Australii, gdzie importowe wielbłądy odegrały ważną rolę w zagospodarowaniu wnętrza tego kontynentu. Okazuje się, że na dromaderze można też jeździć w dwie osoby, mi przypadło akurat tylne siodło. Przy okazji mogliśmy odczuć na własnych pośladkach co się dzieje kiedy dromader biegnie... Niestety nie mam zdjęć z tego "event" (było wliczone w cenę wycieczki, patrz moje wpisy z lipca/sierpnia 2017).

13 sierpnia, 2017

Z Sydney do Auckland

Czwartek, 10 sierpnia. To był dzień pełny emocji. Opowiem wszystko po kolei, jak podróżnik podróżnikom, choć i tak wszyscy wiedzą, że fortuna kołem się toczy.
Bilet kupiłem w Emiratach, bo sobie pomyślałem, że lot z Sydney do Auckland to połączenie mojego przylotu z Emiratami do Sydney i mojego odlotu z nimi z Auckland i może mi taki bilet sprzedadzą, co oszczędziłoby mi czasu poświęconego na przygotowania logistyczne. Udało się, a w dodatku Emiraty poinformowały mnie, że nic za ten lot nie policzyły (co było zaskoczeniem, bo taka praktyka jest powszechnie stosowana przez linie europejskie, ale przerwa w podróży musi być krótka, a tu przerwy przekraczają dwa tygodnie). No ale ucieszyłem się, że nieco zaoszczędziłem. So far, so good.
Wieczorem w przeddzień lotu robię internetowy check-in. Zaczynam od Emiratów, bo mam ich numer rezerwacji. Informują mnie, że lot jest wykonywany przez ich partnera australijskie linie Qantas (co zresztą mam napisane na bilecie) i podają mi numer mojej rezerwacji w Qantas. Loguję się do Qantas, pracowicie wpisuję numer paszportu, datę jego ważności, i inne podobne szczegóły, i na koniec, zamiast karty pokładowej dostaję informację, że na lot jestem zaczekowany, ale na lotnisku muszę się do nich zgłosić, bo chcą zobaczyć mój paszport. So far, so good.
Wstaję średnio wcześnie, jem banana i mandarynkę, zagryzam herbatnikiem i popijam herbatą. Zarzucam wór na plecy, wrzucam klucz do skrzynki na klucze i idę na stację kolejową. Zajmuje mi to 2 minuty plus 2 minuty czekania na zmianę światła. Kupuję w automacie jednorazowy bilet na lotnisko (taki bilet kosztuje 18 AUD, podczas gdy normalny bilet na tą odległość to ok. 4 AUD; wytłumaczenie w broszurze: stacje na lotnisku, krajowym i międzynarodowym, są prywatne). Nie warto mi było dopłacać do mojej karty Opal, bo można to robić tylko dziesiątkami dolarów. Podchodzę do bramki, mój bilet jej nie otwiera, podobnie z innymi bramkami. Przyglądam się uważniej, bramek jest kilkanaście, ale na każdej świeci się napis "Opal cards only". Jestem przy tylnych wejściach na perony, żeby się dostać do bramki, która by mnie wpuściła, musiałbym obejść całą stację, a to jest kawałek drogi. Idę więc do faceta w mundurku, próbuje mój bilet, dziwi się, ale po chwili stwierdza, że te bramki są tylko dla kart i jakimś pilotem otwiera mi wejście. So far, so good. Na wyjściu ten sam numer, mój bilet nie otwiera bramek wyjściowych. Domyślam się, że po prostu nie był aktywowany na wejściu. Idę do faceta w mundurku, próbuje, dziwi się, sprawdza bilet i mówi, żebym przeszedł za osobą, która w tym momencie otworzyła swoim biletem jedną z bramek  (tutaj bramki nie zamykają się natychmiast, więc dwie osoby mogą spokojnie przejść; zauważyłem to, ale nie miałem odwagi tej metody zastosować). So far, so good.
Na lotnisku idę do pani, która pilnuje kolejek w Qantas, mówię jak sprawa wygląda i ona mi potwierdza, że mogę pójść prosto do nadania bagażu i nie muszę stać w kolejce do lotniskowego check-in. Z jakichś względów internetowy check-in nie jest popularny w Australii, więc do lotniskowego stoją długie kolejki. Okazuje się, że ich nie tyle interesuje mój paszport co bilet na wylot z Nowej Zelandii. Dostaję kartę pokładową, przechodzę spokojnie kontrolę paszportową i bagażu (chyba dlatego, że na lotnisku międzynarodowym nie ma kontroli na materiały wybuchowe). So far, so good.
I zaraz odnajduję nieoczekiwanie Starbucksa, jest to pierwszy Starbucks, który zauważyłem przez 2 tygodnie. W odróżnieniu od Melbourne, gdzie Starbucks jest na co trzecim rogu, ani w Sydney ani w Darwin chyba ich w ogóle nie ma. A Starbucks mnie interesuje ze względu na moją ulubioną Chai Tea Latte, którą wolę od kawy. Nie ma co prawda Starbucksów, ale po pewnym czasie połapałem się, że wiele kawiarni ma w swoim menu Chai Latte, często w dwu odmianach, Sweet or Spicy, wcale nie gorszą niż starbucksowa. No ale teraz, żeby tradycji stało się zadość a moje śniadanie wzmocnione, i po tylu nieoczekiwanych a stresujących przeżyciach, zamawiam dużą Chai Tea Latte i kanapkę. Kiedy kończę jeść wyciągam laptopa i loguję się do darmowej lotniskowej wifi, żeby skończyć i wysłać kolejnego posta. Nie dostaję połączenia. Walczę z moimi ustawieniami prawie godzinę i w końcu się poddaję, bo muszę iść do samolotu. Mówi się trudno, skończę w Auckland.
Przy wejściu do samolotu, kiedy miła pani przykłada kod mojej karty pokładowej do czytnika, rozlega się bardzo głośny gong i na ekranie monitora pojawia się wielki czerwony napis "No entry". Każą mi odejść na bok i czekać. Wszyscy pasażerowie już poszli do samolotu, a oni się naradzają, gdzieś dzwonią, w końcu pytają się, czy kupiłem bilet w Emiratach i każą znowu pokazać bilet wylotowy z NZ. Zastanawiam się, co zrobię, jeżeli mnie nie puszczą. Chyba podpadłem Qantas przez ten zakup w Emiratach... Jednak mnie wpuszczają, ale zapowiadają dokładną kontrolę w Auckland. Może mieli kiedyś kłopoty przez takich, co to kupują u Arabów a nie u nich? Ale, so far, so good, lecę nad morzem Tasmana, które oddziela Nową Zelandię od Australii. Na pożegnanie pstrykam z góry jedną ze słynnych plaż australijskich w Sydney:
a na powitanie Nowej Zelandii Auckland i jego Skyline:
Widać na tych zdjęciach sporo wody i chmur, ale to nic dziwnego, bo od "suchej" części mojej podróży przechodzę powoli do jej części "mokrej". W Auckland na przykład natykam się na pierwsze od dwu tygodni kałuże i błoto.
Na lotnisku w Auckland, jeszcze w rękawie przy wychodzeniu z samolotu, steward Qantas natychmiast mnie kieruje do jakiejś starszej pani "officer" (chyba chodzi o kontrolę paszportową). Ta spogląda na mnie z uśmiechem i pyta, jak długo mam zamiar przebywać w NZ. Tłumaczę więc wszystko od początku, ze będę 3 dni w Auckland a potem lecę na Wyspy Cooka... Tu mi przerywa z zachwytem "Cook Islands! What a brilliant idea! I wish you a wonderful vacation!" i macha ręką, żebym szedł dalej. Czy to ja podpadłem Qantas czy Qantas podpadł mi?
W hotelu dostaję bardzo zimny pokój. Pytam się delikatnie w recepcji, czy nie można by go trochę ogrzać i słyszę w odpowiedzi: Przecież masz w pokoju grzejnik. Rzeczywiście, zauważyłem w szafie jakieś małe urządzonko, ale wziąłem je za wentylator i nawet pomyślałem sobie: Po co mi wentylator, kiedy jest tak zimno. Ale tu okazuje się, że to jednak bardzo wydajny grzejnik, chociaż musi być ustawiony poziomo, żeby w ogóle działał. So far, so good. W Auckland nie jest źle.
Dan w Auckland, 13 sierpnia, niedziela.
Mam znowu zaległości: sprawozdanie z trzech dni pobytu w Auckland. Jutro, 14 sierpnia, poniedziałek, lecę na Rarotongę, największą wyspę archipelagu Cooka. Zrobiłem już check-in i dostałem kartę pokładową. So far, so good. Ale jak tam będzie z internetem, to nie mam pojęcia.

12 sierpnia, 2017

Kings Canyon

Dalsza relacja z outbacku. Niedziela, 6 sierpnia.
"Canyon" oznacza wgłębienie powstałe jako pęknięcie w skałach, dalej wymywane przez wodę płynącą jego dnem i podmywającą ściany, które w końcu się obrywają, co poszerza szczelinę. "Gorge" to szczelina powstająca od początku na skutek wcinania się płynącej wody w skały. Takie rozróżnienie ma obowiązywać w Australii, ale reszta świata go nie zna.
Zacznę od opisu naszego kempingowania, bo tego dnia zrobiłem kilka zdjęć. Kings Creek Station wygląda na przykład tak:
a miejsce naszego spania na tym kempingu tak:
Na środku ognisko (widoczny już tylko popiół), a swogi rozkłada się gwiaździście dookoła ognia. Zdjęcia ze swogami nie mam, bo zawsze rozkładaliśmy je i zwijali po ciemku (nie licząc ognia i księżyca). Zwinięte swogi wyglądają tak:
Swog to połączenie materaca i jednoosobowego namiotu. Całość jest nieprzemakalna, śpi się na materacu pod wierzchnią okrywą swoga. W zimne noce trzeba mieć jeszcze śpiwór. Można się przykryć swogiem razem z głową, jest na to specjalna klapa. Pierwszej nocy nie byłem przekonany do przykrywania się z głową i trochę zmarzłem, drugiej nocy okazało się, że to dobry system i było już ok. Młodzież rzeczywiście gawędziła przy ognisku długo w noc (jak zapowiadali organizatorzy), ale mi to jakoś wcale nie przeszkadzało spać. Do dyspozycji grupy obozującej w takim miejscu kempingowym przeznaczony jest jeszcze barak, w którym przygotowywaliśmy posiłki i je zjadali:
Barak jest zaopatrzony w niezbędne wyposażenie kuchenne, są też w nim przechowywane swogi. Jedzenie, talerze, kubki i sztućce każda grupa wiezie z sobą.
Na starcie trasy dookoła Kings Canyon byliśmy o świcie. Znowu wybieramy najdłuższy wariant: 4 godziny. Kings Canyon jest głębokim wcięciem w długim na 270 km uskoku skalnym, jednym z tych, które potem oglądałem z samolotu. Ścieżka dnem kanionu została niedawno zawalona i jest zamknięta, z wyjątkiem krótkiego odcinka początkowego. Najważniejszy szlak obchodzi kanion dookoła wzdłuż jego krawędzi. Jest też krótszy wariant tego szlaku, na wypadek zamknięcia szlaku dookolnego: dochodzi się do pewnego miejsca nad kanionem od strony wschodniej, gdzie podejście jest łagodne i trzeba wracać. My wdrapujemy się stromą ścieżką od strony zachodniej, jest jeszcze zimno, słońce dopiero co wzeszło. Kanion z góry wygląda mniej więcej tak:
w stronę jego ujścia na rozległy, płaski, pustynny teren. A tak jego dno w wyższej partii:
i jeszcze wspaniałe klify:
Od górnej części kanionu odbiega na zachód długa, głęboka, wąska rozpadlina skalna, do której musimy zejść chcąc obejść kanion. Nazywa się Ogrodem Edenu i rzeczywiście jest pełna zieleni. Na jej dnie znajdują się oczka wodne, nazywane tu water holes. Oto jedno z nich:
Krajowcy się tu nie kąpią i proszą, żeby turyści też tego nie robili. Dla nich są to miejsca święte, w których rezydują przodkowie, często w postaci węża tęczowego, którzy wciągają wgłąb śmiałków zakłócających im spokój. Jest tu chłodno i przyjemnie, ale w końcu trzeba wyjść i z tego Edenu. Tak wygląda exodus:
Powierzchnia skały nad kanionem przypomina bardzo dużo główek:
Tworzące je skały powstały z wydm nanoszonych przez wiatr, o czym ma świadczyć poniższy układ kolejnych warstw ustawionych pod różnymi kątami:
Z kanionu wracamy na obozowisko, jemy lunch i wsiadamy znowu do autobusu. Czeka nas kilkaset kilometrów powrotnej jazdy do Alice Springs. Po drodze robimy przerwę w przydrożnym centrum handlowym (benzyna, knajpa, galeria sztuki aborygeńskiej, sklep) prowadzonym przez farmę hodowlaną o powierzchni większej niż powierzchnia Danii. Specjalność: hodowla krów. Oferują też zakwaterowanie i indywidualne wycieczki po okolicznym outbacku. Sprawdzałem przed wyjazdem, wyglądało bardzo ciekawie, ale te ceny...
To koniec naszej zbiorowej wyprawy w outback. Następnego dnia odlatuję do Sydney.





11 sierpnia, 2017

Kata Tjuta

Wracamy do outbacku. To piękne, specyficznie australijskie słowo. Bardziej oficjalny język urzędniczy wykorzystuje "wilderness". Czy nasza "dzicz" byłaby dobrym tłumaczeniem? Ale jak oddać to out-back, co podobno dotyczyło tego, co jest poza tyłem domu?
Sobota, 5 sierpnia. Wstajemy znowu bardzo wcześnie, jemy śniadanie (na kempingach mamy wspólne pełne wyżywienie) i jedziemy oglądać wschód słońca z jeszcze innego punktu widokowego, gdzieś w połowie drogi miedzy Uluru a Kata Tjuta. Prawie wszyscy już tu są (moje ATT Kings z Kakadu też). Jest wciąż ciemno i bardzo zimno (dobrym patentem jest zabranie z sobą śpiwora i okrycie się nim na punkcie widokowym). W końcu się rozjaśnia.Tak wygląda polowanie na pokazanie się słońca:
tak Uluru po wschodzie słońca:
 a tak nasz dzisiejszy cel, Kata Tjuta:
Tłumaczenie aborygeńskiej nazwy (nie wiem, czy angielska w ogóle istnieje) to Dużo Głów. Mają to być głowy ich przodków, którzy po trudzie kształtowania terenu i nadawania ludziom praw i języków, pozostali tu jako energia życiowa i duchowa.
Znowu do wyboru kilka wariantów spaceru, wybieramy prawie wszyscy najdłuższy, tzn. 4 godziny przewodnikowe (ale to chyba było liczone na temperaturę 36 C, jeżeli ma być wyższa szlak jest i tak zamykany; nasza najwolniejsza podgrupa zrobiła go w 3 godziny, bo do 36 C dużo jeszcze brakowało, chociaż słonce prażyło niemiłosiernie).
Z bliska głowy wyglądają tak:
Kata Tjuta, podobnie jak Urulu, było miejscem odbywania przez Aborygenów tajemniczych ceremonii, z których najważniejsza była ceremonia inicjacji młodzieży do dorosłego życia, odbywana oddzielnie przez każdą płeć. Ich przebieg był bardzo starannie ukrywany przed płcią przeciwną, ale nie słyszałem, żeby kobiety wymyśliły kobietę ducha pożerającą mężczyzn, jak to zrobili mężczyźni strasząc kobiety mężczyzną duchem pożerającym kobiety, o czym pisałem w relacji z Kakadu. Zasada była taka, że ceremonie męskie odbywano w miejscach, w których natura utworzyła coś, co przypominało kobiece narządy rodne, a kobiece w miejscach, gdzie można się było dopatrzeć męskich narządów rozrodczych. Wynika z tego, że pomimo dokładnej separacji fizycznej obu płciom w głowie było to samo. Na przykład widok w pobliżu miejsca odbywania męskich ceremonii (samego miejsca nie sfotografowałem, było znacznie bardziej realistyczne):
Skały w Kata Tjuta są inne niż w Uluru:
Tutejsze wzgórza są zbudowane ze zlepieńców: otoczaków scementowanych piaskiem, podczas gdy Uluru jest z czystego piaskowca. Pomimo tych różnic, geologiczna historia obu masywów jest podobna. 550 milionów lat temu w tym rejonie istniały bardzo wysokie góry; szczyty miały sięgać 10 000 m npm. Te góry zostały całkowicie zerodowane, a ich resztki gromadziły się w okolicy, przy czym w jednym miejscu gromadził się czysty, drobny piasek (Uluru), a niedaleko otoczaki i piasek (Kata Tjuta). Kiedy teren znalazł się na długi czas pod wodą, nad tymi górskimi osadami gromadziły się nowe osady morskie, których waga sprasowała w końcu stare osady w skałę. Potem ląd wynurzył się znowu, skały zostały sfałdowane, wierzchnie osady zerodowane i pozostały na powierzchni starsze, twarde skały. Obie widoczne teraz formacje skalne to czubki olbrzymich masywów rozciągających się do 6 km w głąb ziemi. Czerwona barwa pochodzi znowu od rdzy (jak w przypadku granitów Devil's Marbles), a oryginalne skały są szare, jak podobno można zobaczyć w głębszych jaskiniach lub na świeżych obrywach. Jak zrozumiałem tak opowiedziałem.
Wracamy do obozowiska i jemy lunch. Dietę mamy urozmaiconą: wieprzowina, wołowina, wielbłądzina, kangurzyna, itp., chociaż zawsze w postaci burgerów lub wrapów. A potem jedziemy kilka godzin na kemping w pobliżu trzeciej, i ostatniej już, atrakcji turystycznej w tej okolicy: Kings Canyon.
W tych trzech miejscach, Uluru, Kata Tjuta i Kings Canyon, utworzono parki narodowe, doprowadzono asfaltowe drogi, zorganizowano kempingi i pobudowano luksusowe hotele. Są strażnicy, którzy nadzorują ruch turystyczny, są punkty alarmowe na trasach (wciśnięcie guzika alarmowego jest jednoznaczne z wezwaniem helikoptera). Uluru ma nawet lotnisko z połączeniami do największych miast Australii. Reszta rozległych terenów w tej okolicy, zwłaszcza w kierunku zachodnim i południowym, została oddana Aborygenom. Bez ich pozwolenia nie wolno tam wjeżdżać, dróg zresztą nie ma a tylko pustynne szlaki nadające się jedynie na samochody terenowe.
Dan w Auckland, 11 sierpnia.

10 sierpnia, 2017

Blue Mountains


W Błękitne Góry jadę dokładnie trasą pierwszej wyprawy, której udało się strawersować Great Dividing Range, Wielki Grzbiet Oddzielający wschodnie wybrzeża Australii od środka kontynentu. Jej sukces, w roku 1814, wziął się z pomysłu wędrowania grzbietem a nie dolinami. Dlaczego, zaraz pokażę na zdjęciach. Teraz tą trasą leci Great Western Highway i linia kolei podmiejskiej. Do głównego górskiego kurortu w pobliżu Sydney, Katoomba, jedzie się pociągiem dwie godziny. Na potrzeby tej podróży zaopatruję się w kartę Opal, która znacznie ułatwia poruszanie się środkami komunikacji publicznej w Sydney, dając jednocześnie drobne zniżki w porównaniu z pojedynczymi biletami i darmowe przejazdy po przekroczeniu pewnych limitów dziennego i tygodniowego.
Mają tu kilka świetnych patentów. Na przykład oparcia siedzeń w pociągach podmiejskich są przestawiane, tak że zawsze można siedzieć twarzą w kierunku jazdy, niezależnie od tego w którą stronę taki wahadłowiec jedzie. Albo tak się ustawić, żeby słońce nie świeciło w oczy. Inny wspaniały pomysł to zamykanie ruchu samochodów na skrzyżowaniach ze światłami (chociaż nie wszystkich) aby piesi mogli sobie przejść po skosie a nie obchodzić dookoła skrzyżowania przez dwie zmiany świateł.
Nazwa Góry Błękitne, jak sobie tłumaczę angielską nazwę Blue Mountains, wzięła się z niebieskawego zabarwienia w jakim ukazują się patrzącym z pewnej odległości. Także kolor nieba ma tu być intensywniej niebieski. Zwykle wyjaśnia się to wpływem olejku eukaliptusowego wydzielanego przez niezliczone rosnące tu eukaliptusy.  Powietrze przesycone olejkami było również powodem utworzenia uzdrowisk. Ale tak naprawdę jest to najbliższe miejsce, gdzie można uciec od letnich upałów w mieście. Wysokość około 1000 m npm. Fizycy zapytani wprost przez władze kurortu o pochodzenie niebieskawego zabarwienia, odpowiedzieli niezbyt poetycko, że to efekt rozpraszania Raleigha na drobnych zanieczyszczeniach powietrza i wszystko oglądane z daleka nieco niebieszczeje.
W Katoombie idę sobie spacerkiem ze 2 – 3 km, ignorując Opalowe autobusy, do najbliższego punktu widokowego, Echo Point. A oto co z niego widać:
 
Teraz można się domyśleć niepowodzenia pierwszych wypraw przez góry: pionowe klify zastępowały drogę eksploratorom poruszającym się wzdłuż rzek i próbującym przekroczyć dział wodny. Zamiast szukać drogi przez klify, wystarczyło po prostu wyjść grzbietem od razu na płaskowyż, jaki tworzą te góry z małymi wysokościami względnymi szczytów, ale przepaścistymi dolinami wciętymi na dobrych kilkaset metrów:
 
Z Echo Point widać Trzy Siostry:
a z Trzech Sióstr Echo Point:
Od Trzech Sióstr schodzę do doliny systemem schodów i drabinek, nazywanym Giant Starcase, śmiało poprowadzonym przez klif:
Kończy się to zejście 400 m poniżej Echo Point. Teraz mam do wyboru dwa kierunki. Jeżeli pójdę w prawo, dojdę do trzech wielkich atrakcji: 1) Scenic Skyway to kolejka linowa przerzucona poziomo nad odnogą doliny, z klifu na klif, 2) Scenic Railway to kolejka szynowa na dno doliny (tak jakby Gubałówka, ale reklamowana jako mająca największe nachylenie na półkuli południowej) oraz 3) Sceniscender, czyli kolejka linowa na dno doliny. Jeżeli komuś się nie podoba, to może sobie też wejść/zejść przez klif. Jeżeli pójdę w lewo, to na pewno będę musiał się drapać na górę po schodach. Wybieram krakowskim targiem: idę najpierw w prawo, ale kiedy dochodzę do innego szlaku dolinnego, skręcam w lewo. I trafiłem w dziesiątkę - jestem sam. Ptaki śpiewają, słońce praży gdzieś tam w górze, ale las (deszczowym go nazywają) jest gęsty i chłodny. Ścieżka trawersuje zbocze poniżej klifów jeszcze sporo ponad dnem doliny. Strumyczki płyną w dół, olbrzymie drzewa sterczą nad głową:

Najbardziej mnie ucieszył widok paproci drzewiastych:
W końcu muszę podejść z powrotem na górę. Robię to wzdłuż potoku z kilkoma kaskadami wodospadów, jak na przykład, Linda Falls:
Już pod koniec podejścia, w kotlince Fern Bowl, znajduję opis miejscowych roślin i zwierząt, które można w niej spotkać. Większości tych angielskich nazw nie znam, ale z 6 wymienionych gatunków węży rozpoznaję przynajmniej 4 jako jadowite. Komentarz na tabliczce ze spisem: Jeżeli naprawdę natkniesz się na węża, to zostaw go w spokoju. Milutki kraj. Po chwili ciężko dysząc mija mnie jakiś facet, puszczam go z przyjemnością przodem.
Ten mój szlak podejściowy, tylko trochę łatwiejszy od zejścia Giant Starcase, został zbudowany w latach 1893-4. Czy ktoś myślał w tym czasie u nas o drogach takich jak na przykład Orla Perć w Tatrach? Teraz odtworzono jego oryginalną konstrukcję łącznie z ławeczkami w stylu tamtej epoki:
Przysiadłem na chwilę. To był naprawdę niezwykły dzień.
Dan w Auckland.

Sydney 2

Przerywam na chwilę spisywanie przygód z Czerwonego Środka, aby nadgonić czas i opowiedzieć, jak z tego środka wyleciałem i co robię teraz na obrzeżach w Sydney.
Poniedziałek, 7 sierpnia, Znowu wczesna pobudka, samolot odlatuje o 9:35. Na lotnisku znowu podpadam, sprawdzają mnie na obecność materiałów wybuchowych. Czujnik raz pokazuje "Yes" a raz "No". Wymieniają go, znowu to samo. W końcu każą mi podpisać zgodę na przeszukanie i robią kipisz w plecaku, wyciągając wszystkie rzeczy i układając na kuwetach do ponownego prześwietlenia, buty też. W końcu mnie puszczają, a do badania biorą jakąś kobietę. Komentują, że już mają dwa pozytywne. Na pocieszenie kupuję książkę z fragmentami dzienników pierwszych (od XVII wieku, Holendrzy, do połowy XX) eksploratorów tego kontynentu. Fragmenty są wybrane pod kątem spotkań z tubylcami. Bardzo ciekawe.
Siedzę przy oknie od zachodniej strony (słońce jest jeszcze na wschodzie) i mogę obserwować tereny, nad którymi przelatujemy. Czerwona pustka, przerywana skalnymi uskokami, które potrafią ciągnąć się setki kilometrów. Przypominają czasem kręte rzeki i długo miałem wątpliwości co to za twory:

A wy jak to interpretujecie? Na pustyni wcale nierzadko przejeżdża się przez koryta wyschniętych rzek, a i przy takich okresowych rzekach powstawały osiedla (oj, może polać zdrowo i na pustyni. El Ninio?). W Adelajdzie 4 godziny czekania (piszę post), w samolocie przetrzymują nas pół godziny ze względu na silny wiatr w Sydney, ale w końcu lecimy.
Wtorek, 8 sierpnia. Rano, kiedy robię zakupy, jest zimno i wieje silny wiatr. Ale w końcu wiatr cichnie, słonko przygrzewa i w Ogrodzie Botanicznym kładę się za przykładem Australijczyków na trawie. Kilka impresji z mojego drugiego spaceru po Sydney. Mauzoleum poległych w wojnach światowych:
Pod katedrą spotykam w końcu rodaka:
Pomnik ufundowali tutejsi Włosi, pisząc mu "Pope John Paul the Great".
W Wooloomooloo Bay ciekawe apartamenty:
Natykam się tam na taki interesujący zakaz:
Moja interpretacja: tylko wędkujący mogą tu pić alkohol. A Wasza?
W środę wybieram się w Blue Mountains.
Dan w Econo Lodge, Auckland, NZ. Jak widać, zaległości narastają.