Wrzesień 2009. W Carnac, Bretania, znajduje się olbrzymie skupisko głazów, z których większość jest ustawiona w długie, do 300 m, proste szeregi (ang. elignment). Te konstrukcje są datowane na 3000 - 4000 przed Chrystusem. Jest ich kilka grup, a wyglądają tak:
Co ciekawe, im dalej od centrum, tym głazy są mniejsze. Jeżeli, jak chcą niektórzy badacze, były to głazy dostawiane przez kolejne pokolenia, to chyba były one coraz bardziej leniwe. Podobnie jest zresztą w Goebelke Tepe; im późniejsze konstrukcje, tym mniejsze i z mniejszych kamieni. W miejscach zbiegu szeregów znajdują się olbrzymie głazy otaczające obszar, na którym prawdopodobnie odbywały się spotkania i ceremonie budowniczych; miło popatrzeć na te kamienie:
Życia kamień nie przerażą:
Są też dolmeny:
i obszary obstawione głazami (ang. enclosure), prawdopodobnie miejsca spotkań i ceremonii::
Przeważnie zostały tylko fragmenty ścian, ale założenia zamkniętych obszarów są wyraźne. Inny element megalitycznej menażerii to menhiry - samotne wysokie kamienie - uznawane przez badaczy za symbole falliczne:
A jakby tego było mało, to jeszcze tumulus św. Michała:
nazwany tak od postawionego na nim kościółka pod wezwaniem św. Michała (Archanioła).
Carnac jest dobrym miejscem na zapoznanie się z różnymi formami architektury megalitycznej.
Może warto jeszcze przytoczyć legendę na temat pochodzenia tych długich szeregów kamieni (alignment). Mają to być żołnierze rzymskich legionów zaklęci w kamienie przez uciekającego przed nimi a) papieża Kaliksta, lub b) Merlina, lub c) dodaj własną wersję.
Poza megalitami, Bretania jest pełna czarownej sztuki kamieniarskiej sprzed kilkuset lat, jak np. ten stojący przy kościółku na tumulusie krzyż:
Prehistoryczne zabytki Carnac są rozrzucone po okolicy, warto więc pożyczyć rower (moja opcja) lub, mniej romantycznie ale bardziej praktycznie, poruszać się samochodem.
Blog powstał jako próba wykręcenia się od powiadamiania rodziny i przyjaciół, że jeszcze żyję i co jest dookoła, w czasie dłuższych wyjazdów. Teraz każdy może sobie sam sprawdzić. Niestety szybko weszło mi to w krew. Piszę na gorąco, najlepiej jeszcze tego samego dnia, który opisuję. Samotne podróżowanie zostawia zwykle dwie - trzy wolne godziny na kopiowanie zdjęć i krótki komentarz. O ile szybkość internetu na to pozwala. Oprócz relacji z podróży, trochę ciekawostek, a obecnie wspomnienia.
13 kwietnia, 2020
05 kwietnia, 2020
Słowacki w Pornic
2009. To ja byłem w Pornic w 2009 roku, Słowacki był tam wcześniej dwa razy - we wrześniu 1843 i w lipcu - sierpniu 1844. Ta dwukrotność właśnie mnie uwiodła, bo Słowacki w swoim dorosłym życiu zwykł spędzać wakacje każdego roku w innym miejscu (postawa bliska mojemu sercu). Więc dlaczego dwa razy w Pornic? Krytycy i lektura wierszy Słowackiego wskazują na kamienie - groby Druidów - jak uważano w tamtych czasach. Pisał do matki, że nie tylko te głazy ale i morze i puste, surowe brzegi mają dla niego niezwykły urok. Wchodził w swój okres mistyczny: w Pornic zaczął pisać "Genezis z ducha". Tam też powstał wiersz "Do pastereczki siedzącej na druidów kamieniach w Pornic nad
oceanem", według niektórych krytyków to jeden z najpiękniejszych wierszy Słowackiego (mam tu swoje odrębne zdanie). Więc pojechałem po tych kamieniach (od skał do kamieni to może upadek, ale jednak nie daleko) i szybko stwierdziłem, że te grobowce są znacznie starsze od druidów - datowane na 3 500 lat przed Chrystusem pochodzą z tzw. młodszej epoki kamiennej. No i ruszyłem śladami Słowackiego i speców od majstrowania olbrzymimi głazami na terenie dzisiejszej Bretanii. W ten sposób Słowacki został ojcem chrzestnym mojego zainteresowania prehistorią.
Herb Pornic, małego portu leżącego przy ujściu Loary do Oceanu Atlantyckiego:
Pierwszy tumulus (inna nazwa kurhanu, ale zbudowanego nad grobem; po ewentualnej ziemnej warstwie kurhanu nie pozostał żaden ślad), tumulus des Mousseaux:Te głazy to grobowiec, reszta to rekonstrukcja obudowy. Tumulus leży właściwie w granicach miejscowości:
Grobowiec składał się z dwu korytarzy zakończonych komorami grobowymi:
Wejścia do korytarzy:
Widok z wnętrza:
Tumulus jest zbudowany z piaskowca, ciekawe kamyczki:
Czy to tutaj siedziała pastereczka opisywana przez Słowackiego? A może na Dolmen de la Joseliere, położonym na trawiasto-krzaczastym wybrzeżu oceanu?:
Wnętrze:
Podkradłem z internetu; zdjęcie z wysoka daje dobre pojęcie o strukturze części grobowej. Widać też, że, w odróżnieniu od okrągłego tumulusa, było to założenie na planie prostokąta:
Widok z góry od tyłu; w tle, nad samym morzem, coś podobnego, ale zbudowane z betonu w innych celach:
Kolejny dolmen, Dolmen Du
Predaire, a raczej bezładne pozostałości po nim:
I już naprawdę ostatni, daleko od Pornic, dolmen, którego nazwy nie udało mi się ustalić: Całe wybrzeże atlantyckie jest usłane dolmenami i innymi strukturami megalitycznymi. Wrócę jeszcze do bretońskich megalitów.
Juliusz Słowacki nie był jedynym polskim poetą, który odwiedził Pornic i pisał o nim. W 1960 roku spędził tam nieco czasu Czesław Miłosz. Pozostało po tej wizycie kilka wierszy zebranych w cyklu "Kroniki miasteczka Pornic" opublikowanym w tomie "Król Popiel i inne wiersze" (1962). Warto i do tych wierszy zajrzeć, choć megalitów Miłosz nie tykał, ale jest w nich trochę nowszej historii z polskimi odnośnikami. Jeden z tych wierszy "Słowacki" jest poświęcony wielkiemu suchotnikowi. Miłosz krytykuje swojego kolegę po fachu za ducha, dążenie, cel i demokrację, a szczególnie za gadulstwo. Ale na koniec daje mu szklankę koniaku. I słusznie, bo Miłosz sam był wielkim gadułą, tyle że gadał w innym stylu.
Jak już poeci podzielili się koniakiem, to ja jeszcze dodam, że Słowacki zaczął w Pornic pisać swój dziennik z końcowego okresu życia (nazwany przez krytyków Raptularzem, a przez samego poetę określanym jako pulares), gdzie znalazło się też wiele utworów, przynajmniej w początkowych wariantach, i niedokończonych prób, oraz rysunki. I pastereczka siedząca na "druidów kamieniach" też tam jest:
A już całkiem na marginesie dodam, że w Pornic spędzał też wakacje znany nam dobrze z Poronina Włodzimierz Iljicz (1910). No cóż, uzdrowisko nie wybiera sobie gości.
31 marca, 2020
Sikkim: Kanchendzonga
Jesień 2004. Kanczendzonga, 8586 m npm, trzeci co do wysokości szczyt Ziemi:
Nie żebym na nią wszedł, ale byłem pod jej południowo-wschodnią ścianą na Przełęczy Goecha (Goecha La, 4940 m, biura turystyczne lubią podawać 5002 m). Przełęcz jest widoczna jako głębokie wcięcie nieco z prawej strony od wierzchołka ściany na wprost wyraźnego żebra.
Wyjazd grupowy, zorganizowany przez biuro turystyczne przy schronisku Samotnia, a dokładniej przez Marka Arcimowicza (tu podziękowanie dla Asi za informację o takiej działalności Samotni). Była to właściwie wyprawa zastępcza, bo pierwotnym celem był treking dookoła Annapurny. Ale że tego roku w Nepalu było wyjątkowo niespokojnie na skutek ożywionej działalności lewackiej partyzantki, Marek przeniósł wyjazd do Sikkimu. Część chętnych na Annapurnę zrezygnowała, pojechała nas w sumie ósemka. Oto trzon grupy na tle bramy wjazdowej do Sikkimu:
Sikkim był dopiero co otwarty dla obcokrajowców po ponad 25 latach od przejęcia kontroli nad tym buddyjskim kraikiem, rządzonym wcześniej przez maharadżę, przez Indie. Dostępny był tylko jeden szlak trekingowy, właśnie na Goecha La. W Sikkimie zetknąłem się po raz pierwszy z buddyzmem tybetańskim, bo całe wioski i klasztory z Tybetu przeniosły się do Sikkimu uciekając przed chińskim komunizmem. Ale teraz chcę pokazać góry. Kanczendzonga widziana z kilku różnych miejsc:
Na okolicznych wzgórzach stały czorteny:
i chorągiewki modlitewne:
Jak widać, pogoda była zmienna tego dnia, po południu wdrapaliśmy się na wzgórze.
Poranna toaleta (w nocy było podobno -10 C):
I zbieramy się do drogi:
Przy ścieżce można się natknąć na kamienne buddyjskie inskrypcje:
Mamy jeszcze jeden biwak przed wejściem na Goecha La i w końcu:
Widok na zejście po przeciwnej stronie przełęczy. Dla nas to zejście było zamknięte, musieliśmy wracać tą samą drogą, ale mówiono, że szlak ma być przedłużony. Z przeglądu internetowego, wynika jednak, że nic się nie zmieniło przez te 15 lat, chociaż otwarto kilka innych szlaków trekingowych. Podejście na Goecha biegnie wzdłuż kurczących się lodowców, odcinek podejścia na morenie bocznej lodowca:
Lodowce zresztą są tu przysypane grubą warstwą kamiennego gruzu:
Po południu zaczął padać śnieg, tak że następnego dnia schodziliśmy w doliny w niezłym błocku, które zresztą pomogło nam skrócić zejście o jeden dzień ku wielkiej uciesze naszych tragarzy. Taki tragarz potrafi nieść dwa plecaki, chadzają czasem w japonkach (na niższych odcinkach), ale najchętniej w kaloszach:
Tragarze też giną w górach, nawet na trasach trekingowych, zwłaszcza w czasie załamania pogody. Pomyślmy czasem i o nich, kiedy wspominamy nasze wyprawy, a żegnając się z nimi po powrocie z gór nie zapomnijmy o napiwku - dla nich to przeważnie jedyny znaczący dochód.
![]() |
| Kanchengjunga (8586 m) from Gangtok, the capital of Sikkim |
Nie żebym na nią wszedł, ale byłem pod jej południowo-wschodnią ścianą na Przełęczy Goecha (Goecha La, 4940 m, biura turystyczne lubią podawać 5002 m). Przełęcz jest widoczna jako głębokie wcięcie nieco z prawej strony od wierzchołka ściany na wprost wyraźnego żebra.
Wyjazd grupowy, zorganizowany przez biuro turystyczne przy schronisku Samotnia, a dokładniej przez Marka Arcimowicza (tu podziękowanie dla Asi za informację o takiej działalności Samotni). Była to właściwie wyprawa zastępcza, bo pierwotnym celem był treking dookoła Annapurny. Ale że tego roku w Nepalu było wyjątkowo niespokojnie na skutek ożywionej działalności lewackiej partyzantki, Marek przeniósł wyjazd do Sikkimu. Część chętnych na Annapurnę zrezygnowała, pojechała nas w sumie ósemka. Oto trzon grupy na tle bramy wjazdowej do Sikkimu:
![]() |
| Our expedition at the border of Sikkim and India |
Sikkim był dopiero co otwarty dla obcokrajowców po ponad 25 latach od przejęcia kontroli nad tym buddyjskim kraikiem, rządzonym wcześniej przez maharadżę, przez Indie. Dostępny był tylko jeden szlak trekingowy, właśnie na Goecha La. W Sikkimie zetknąłem się po raz pierwszy z buddyzmem tybetańskim, bo całe wioski i klasztory z Tybetu przeniosły się do Sikkimu uciekając przed chińskim komunizmem. Ale teraz chcę pokazać góry. Kanczendzonga widziana z kilku różnych miejsc:
![]() |
| Kanchengjunga and her neigbourghs from Gangtok |
![]() |
| Kanjengjunga from Gangtok - Yuksam road |
Dobrze widać główny wierzchołek Kanchendzogi w tyle na prawo od wierzchołka zwornikowego ściany południowo wschodniej. Yuksam to punkt startowy trekingu. Dojechaliśmy tam ze stolicy dwoma mikrobusami.
![]() |
| Goecha La and south-east Kanchendzonga face seen from the pass |
![]() |
| Kanchendzonga at sunrise seen from Darjeeling (India) |
![]() |
| As above but more dramatic; note snow windblown from the ridge |
Jeszcze kilka migawek z trasy podejściowej na Goecha La; żeby zachować wysokogórski chrakter tego wpisu, skoncentruję się na zdjęciach z dnia kondycyjnego na Dzongri La (4417 m npm):
![]() |
| Stony throns for gods and Dzongri La camping area in the background |
Na tych kamieniach lubią przysiadać bogowie. kiedy zlatują tu z gór. W głębi obozowisko, można się domyśleć, że na szlaku nie było pusto. Nasze namioty:
![]() |
| Our tents and friendly yaks |
Namioty dostarczyła miejscowa firma, która
zorganizowała też cały treking. Gotowaniem zajmował się kucharz, a nasze
plecaki nieśli tragarze. Sjesta po posiłku:
![]() |
| Siesta |
![]() |
| Chortens around... |
![]() |
| and prayer flags |
Poranna toaleta (w nocy było podobno -10 C):
![]() |
| Morning after very cold night |
![]() |
| Leaving soon |
![]() |
| Buddhist insciptions |
![]() |
| On the other side of Goecha La |
![]() |
| Glaciers are shrinking... |
![]() |
| and covered by thick layer of stones |
Po południu zaczął padać śnieg, tak że następnego dnia schodziliśmy w doliny w niezłym błocku, które zresztą pomogło nam skrócić zejście o jeden dzień ku wielkiej uciesze naszych tragarzy. Taki tragarz potrafi nieść dwa plecaki, chadzają czasem w japonkach (na niższych odcinkach), ale najchętniej w kaloszach:
![]() |
| Porters in action |
Tragarze też giną w górach, nawet na trasach trekingowych, zwłaszcza w czasie załamania pogody. Pomyślmy czasem i o nich, kiedy wspominamy nasze wyprawy, a żegnając się z nimi po powrocie z gór nie zapomnijmy o napiwku - dla nich to przeważnie jedyny znaczący dochód.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















