29 kwietnia, 2019

Valparaiso 2

Niedziela, 28 kwietnia. Valparaiso. Chyba jestem trochę mniej chory. Dzisiaj na celowniku dzielnica portowa: najstarsza w mieście (w 1906 całe Valparaiso zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi, więc z trudem można znaleźć coś wcześniejszego), najbardziej zaniedbana i najbardziej niebezpieczna (przewodnik radzi nawet w dzień uważać na aparaty fotograficzne i inną elektronikę):


The harbour quarter: oldest, abandoned, unsafed
Ale ma parafię Chrystusa Zbawiciela Świata:
The church of the harbour quarter
a w nim figura Chrystusa od Dobrej Nadziei:
Jesus Christ of the Good Hope
A potem hajda na Wzgórze Artylerii. Często można tu skorzystać z kolejek szynowych, jak ta właśnie (zszedłem jednak na własnych nogach):
Small cars of the lift to the Aritllery Hill
Widoki ze wzgórza nie najgorsze:
Valparaiso: wide angle
Valparaiso: a part of its harbour

Valparaiso: on the slope
Schodzę cudownym zaułkiem, zresztą nieprzejezdnym w dolnej części:
Colors and colors and colors
Would you like to have a balcony?

The courtins and the size of house appeal to me
Jeden z większych murali:
Pacha Mama?
 I jeszcze na dobranoc:
Valo by night

Valparaiso 1

Sobota, 27 kwietnia 2019. Valparaiso, Chile. Znowu wdrapałem się (a właściwie wczołgałem) na jeden z tych taśmociągów turystycznych, które oplatają gęstą siecią cały nasz glob. Tym razem było to dwie i pół godziny do Londynu, dwie godziny na przesiadkę na Heathrow i czternaście godzin nocnego lotu już bezpośrednio do Santiago de Chile. Wyjazd odbył się zgodnie ze znanym z wcześniejszych podróży scenariuszem, czyli zapalenie gardła i zatokowy katar rozpoczęte trzy dni przed odlotem, a na dodatek odnowiona dwa tygodnie wcześniej stara kontuzja nogi. Lot był znośny, ale skołowany jestem kompletnie, jeszcze w dodatku na silnych lekach. Okazało się, że z lotniska mam bezpośredni autobus do Valparaiso nad Oceanem Spokojnym, gdzie zaplanowałem sobie trochę odpoczynku po standardowych (oczekiwanych tylko w momencie rezerwacji, ale się oczywiście sprawdziło) niepokojach przedwyjazdowych i zmianie strefy czasowej (jestem tu o sześć godzin opóźniony w stosunku do Polski). No to się będę jeszcze dodatkowo kurował. Na razie najważniejsze, żeby wytrzymać do wieczora.
Hotel IBIS mam nad samym morzem, a dokładniej zatoką, i przy porcie. A to widok z mojego okna:
Valparaiso Bay: the view from my window in IBIS hotel
Dość jednak narzekania. Po południu idę na spacer na miejscowe wzgórza, na które wznosi się miasto od płaskiego nadbrzeżnego centrum portowo-administracyjnego. Schody, zaułki i murale:
Stairs, stairs, stairs: Valparaiso is really hilly
Colorfull streets and practical citizens
Let's enjoy Van Gogh!

Skyscrapers follow the rule.
Wieczorem płoną wieżowce po drugiej stronie zatoki:
Evening: the farawell from the setting sun
Morning: the sun is back on the bay

19 stycznia, 2019

Mombasa

Mombasa (dwa miliony mieszkańców) to drugie co do wielkości miasto Kenii po stolicy Nairobi (cztery miliony). Symbolem miasta są olbrzymie kły słoniowe zbudowane ze stali na jednej z reprezentacyjnych ulic w postaci litery M:
Enormous tusks form M like Mombasa
Kły powstały w 1952 roku na powitanie angielskiej księżniczki Elżbiety. Kiedy ta przebywała jeszcze w Nairobi, otrzymała telegram o śmierci swojego ojca. Natychmiast wróciła do Londynu aby objąć tron angielski jako królowa Elżbieta II. Mombasę odwiedziła w 1964 roku.
Mombasa leży na wyspie. Na południowe wybrzeże można wydostać się tylko promem:
People leave a ferry from the south suburbs
Dla pieszych prom jest darmowy. Jednym z najciekawszych zabytków w Mombasie jest Fort Jezus zbudowany przez Portugalczyków ze skały koralowej pod koniec XVI wieku:
Fort Jesus built by Portuguese in XVI century
Przed Portugalczykami i po nich rządzili tu Arabowie, zostało po nich Stare Miasto:

 
Arab architecture of Mombasa Old City
Balkony nad ulicami Arabowie budowali dla swoich kobiet, którym nie wolno było wychodzić z domu. A tak mogły sobie popatrzeć i poplotkować. Widoczny na zdjęciu mały meczet został założony  w XVI wieku i jest przykładem miejscowej kultury Swahili - mieszanki afrykańsko-arabsko-indyjskiej. Zrujnowane zabytkowe domy można kupić od miasta za grosz pod warunkiem, że się je odbuduje (ale inwestorzy czekają, aż się całkiem zawalą i będzie można postawić coś nowoczesnego):
For sale
W mieście jest kilka hinduskich świątyń. Wnętrze jednej z nich:
A hindu temple
Ta świątynia została postawiona na pamiątkę indyjskich robotników, którzy budowali linię kolejową Mombasa-Nairobi (czyli pierwszy odcinek sztandarowej brytyjskiej inwestycji we Wschodniej Afryce: Kolei Kenia - Uganda) pod koniec XIX wieku. Ponad stu z nich zostało zabitych i zjedzonych przez dwa lwy, które w nocy wyciągały ofiary z namiotów. Kiedy w końcu zostały unieszkodliwione, ich skóry sprzedano muzeum z Chicago. Wypchane stoją tam do dziś. Lwy na terenie obecnego parku narodowego Tsavo, gdzie rozgrywał się ten dramat, są jeszcze znane z tego, że samce prawie nie mają grzywy, przyczyna nie jest znana, ale jest to zapisane w genach. 
Na korytarzu świątyni z zainteresowaniem oglądam obrazy przedstawiające męki piekielne grzeszników (niestety zdjęcia wyszły niedoświetlone): za kupno i picie alkoholu będzie wlewany do gardła płynny metal, za kupno i jedzenie mięsa będzie się gotowanym we wrzątku. Więcej nie pamiętam. Co ciekawe, piekielne męki to też często występujący motyw w buddyzmie (przynajmniej w mahajanie).
Fragment nowoczesnej Mombasy:
Modern Mombasa
A wszędzie ruch w interesie:
To buy or not to buy?
Trade on everything
Perhaps white elephant?
Or lunch?
Niedawny akt terroru w Nairobi przypomina, że świat nie jest taki bezpieczny a Kenia już od dłuższego czasu jest miejscem działania islamskich terrorystów. 21 ofiar śmiertelnych jak na chwilę obecną i 50 ciężko rannych ludzi, przypomina, ze jesteśmy ciągle na froncie, nawet jeżeli akurat walka trwa gdzieś dalej. Pamiętajmy też o tych, którzy nas bronią: zginął jeden policjant. W ratowanie ofiar włączył się spontanicznie żołnierz brytyjskiego SAS-u, przebywający w Nairobi przypadkowo i prywatnie. Zobowiązany do zachowania anonimowości walczył w kominiarce i tak go utrwaliły zdjęcia reporterów.  
Bijący przed chwilą dzwon przypomniał mi jeszcze zabójstwo prezydenta Gdańska. Nie tylko zbrodnia zorganizowana jest groźna. Smutny ten blog, niewesoło się zaczyna 2019. Życzmy sobie, żeby się lepiej skończył.

01 stycznia, 2019

Rogi

Zorientowałem się przeglądając zdjęcia, że warto pokazać więcej rogów. Jako trofea myśliwskie nie robią na mnie wrażenia, natomiast w terenie, na swoich głowach, mają, oprócz niewątpliwej wartości bojowej, także znaczny walor estetyczny. Ale zacznijmy od jeszcze jednego gatunku antylop, który mi umknął przy prezentacji "kopytnych". To bawolce, przypominające trochę układem ciała (ale nie rogów) nasze łosie:
Cokes Hartebeast / Bawolec masajski
Horns start like these
Father? Note the horns!
A teraz ładne rogi:
Thomson Gazelle ?
and from the front

Samce żyrafy maja na czole trzeci, środkowy rożek:
Smooth forehead of a female

Giraffe males have the third, small horn, in the middle of forehead 
Niektórym rogi się kręcą:
Spiraling horns

Straight (almost) horns
Ale nie każdy może mieć rogi:
Not everybody can have horns...
Samce mają haremy do sześćdziesięciu samic, ale zwykle nie dłużej niż przez dwa lata (konkurencja jest tu silna).
Wszystkie te zwierzęta bez przerwy strzygą uszami, machają ogonami, wyginają tułów na wszystkie strony, próbują się drapać kopytem:
Looks like nasty flies or parasites
A na koniec czerwony słoń, obiecywany przez biura turystyczne (czerwony od pyłu): 
And now the famous red elephant
Słonie lubią soczystą korę akacji:

Here an elephant had its dessert (acacia bark): not good for the tree
Na koniec niezbyt dyskretne zdjęcie:
Upps!