08 maja, 2018

Znowu nad Pacyfik

Środa, 3 maja 2018. Znowu nad Pacyfik? A co my tu właściwie mamy? Fałszywy Potok (False Stream), Zatokę Angielską (English Bay), Cieśninę Jana z Fuca (Juan de Fuca Strait), Cieśninę Jurkowej (Georgia Strait), Zaginioną Lagunę (Lost Lagoon)... A jakby tego było mało, wszystko to razem chcą od niedawna nazywać Morzem Saliszkim (Salish Sea). Kto się połapie, gdzie zlokalizować te akweny? Jeszcze jeden trzeba dodać, żeby można było się przestać głowić: Port Vancouver czyli Vancouver Harbour, właściwie początek fiordu, ukryty z daleka od otwartego oceanu, oddzielony od niego olbrzymią Wyspą Vancouver.
Trudno mi tu pisać: wieczorem, kiedy mam trochę czasu, fizjologicznie jest nad ranem (9 godzin różnicy do tyłu w porównaniu z Warszawą). A i zajęć mam dużo i nie najlepiej znoszę przesunięcie czasu - może dlatego, że całymi dniami przesiaduję na konferencji. Więc w skrócie.
Z Frankfurtu leciał dreamlinerem Air Canada. Potwierdziły mi się wrażenia z wcześniejszego lotu tym Boeingiem. Samolot jest wyraźnie cichszy niż konkurencja, ale jednocześnie stanowi swoistą pułapkę na tych, którzy lubią oglądać świat z powietrza i tak go fotografować. Normalnie przy lotach transoceanicznych polecają zasłonić okna specjalną okiennicą (większość pasażerów śpi nawet w dzień lub ogląda filmy). Można jednak podnieść tę zasuwkę lokalnie i trochę popatrzeć co tam na zewnątrz, a jak akurat nie ma chmur i coś poza oceanem jest w polu widzenia to i zdjęcie pstryknąć. Dreamlinear ma zamiast okiennicy ściemnianie okna, ale tak, że nawet przez maksymalne ściemnienie sytuację na zewnątrz można (niewyraźnie) podejrzeć. Na zdjęcia nie ma jednak szans. Otóż to ściemnienie każdy może sobie sam regulować. Do czasu. W pewnym momencie ściemniają odgórnie wszystkie okna i klops. Nie daje się swojego "rozciemnić", aż sami to zrobią pod koniec lotu. Tym razem, jak widziałem pomimo ściemnienia, nad Grenlandią i północną Kanadą było pochmurnie, a kiedy rozjaśnili, wlecieliśmy nad zaśnieżone Góry Skaliste z dziurami w chmurach:
Canadian Rockies in snow, a view from my dreamliner.
I jeszcze zdjęcie bardzo ciekawie ukształtowanego skrzydła dreamlinera (akurat siedziałem "na skrzydle"):
Wing of Boeing dreamliner with very interesting curvature.
A z podróżnych ciekawostek warto wspomnieć o książce, którą kupiłem kilka dni przed podróżą i zacząłem czytać w samolocie. Jest to praca zbiorowa "Sztuka naskalna. Polskie doświadczenia badawcze" (red. A. Rozwadowski) wydana przez Polski Instytut Studiów nad Sztuką Świata w Poznaniu. Po raz pierwszy zetknąłem się z tym Instytutem, i w dodatku okazało się, że wcale spora gromadka ludzi z Polski jeździ po świecie i fachowo bada sztukę naskalną. Afryka (od Egiptu do Kapsztadu), obie Ameryki z, a jakże, Kanadą, Syberia, Wyspy Brytyjskie. Jak dla mnie bomba! Ciekawe jest też podpatrzeć jak się obecnie w nauce interpretuje takie malowidła i petroglify.
A w Vancouver słońce i tak już będzie, przynajmniej do 7 maja, kiedy kończę ten post.

15 kwietnia, 2018

Smak Peru

Marzec 2018. Druga z peruwiańskich wystaw ma miejsce w warszawskim Muzeum Narodowym. Jest zatytułowana "Sztuka Wicekrólestwa Peru" (The art. of the Viceroyalty of Peru) i pochodzi z prywatnej kolekcji Barbarosa-Stern, na co dzień prezentowanej w Limie. Większość eksponatów pochodzi z XVII i XVIII wieku, a więc z okresu rządów hiszpańskich, ale jest też kilka z czasów republiki (XIX wiek). Przede wszystkim obrazy, ale wystawiono również księgi i przedmioty użytkowe. Będzie jeszcze czynna do 20 maja.
Nietrudno się domyśleć, że jest to sztuka przede wszystkim religijna. W jej tworzenie włączyli się Indianie, dodając do europejskich wzorów lokalne dekoracje i motywy. Najsłynniejszym przykładem takich wpływów jest Ostatnia Wieczerza  z katedry w Cusco, gdzie na środku stołu znajduje się, zamiast tradycyjnego żydowskiego baranka, pieczona świnka morska, czyli cuy (smakuje podobnie do kurczaka, w menu jest często umieszczana razem z drobiem), ułożona na talerzu łapkami do góry. Kilka przykładów co ciekawszych rozwiązań ikonograficznych z tej wystawy:
How to teach the mystery of Holy Trinity?
Double Holy Trinity.
Little Jesus playing with soap bubbles.
My favorite picture of Holy Virgin.
Saint Mathias of Lima with a brush; note dog, cat and mouse eating from one plate, in the left bottom corner - St. Mathias is considered a patron of racial peace.
Personification of America, very popular in XVII and XVIII centuries.
Na zakończenie coś bliższego naszym czasom i kulturze:
The Republic of Peru became less religious...
A Smak Peru? Tak jest nazwana potrawa, na którą składają się: quinoa ("andyjskie zboże", bardzo popularne wśród wielbicieli "zdrowej żywności"), amarantus (podobnie), liofilizowane warzywa i przyprawy. Przyrządzanie jest proste: rozgrzać łyżkę oleju, dodać potrawę, smażyć pół minuty, dodać 600 ml wody, gotować 15 minut mieszając od czasu do czasu. Torebka zawiera, według producenta, dwie porcje, ale ja na ogół pochłaniam to na raz. Całkiem dobre. Jest też podobna potrawa arabska.

14 kwietnia, 2018

Peru w muzeum

Marzec 2018. Mija właśnie 95 rocznica nawiązania przez Polskę stosunków dyplomatycznych z Peru. Z tej  okazji  mamy w Warszawie dwie wystawy oparte na peruwiańskich zbiorach. Pierwsza z nich "Skarby Peru. Królewski grobowiec w Castillo de Huarmey" w Muzeum Etnograficznym przedstawia rewelacyjne odkrycie dokonane kilka lat temu przez zespół kierowany przez polskich archeologów. Jest to pierwsza prezentacja tych zbiorów poza granicami Peru. Odkryto mianowicie grobowiec przedinkaskiej kultury Wari (650 - 1050 po Chrystusie). Koniecznie trzeba tu wyjaśnić, że stanowiska archeologiczne są od początku konkwisty systematycznie przeszukiwane i rozkradane, początkowo szukano złota, obecnie wszelkich historycznych artefaktów, które zwykle uzyskują olbrzymie ceny na czarnym rynku. Jest to pierwszy nienaruszony grobowiec Wari, jaki dostał się w ręce archeologów i był poddany naukowym wykopaliskom. Jest on niezwykły i z tego powodu, że zawierał wyłącznie bogate pochówki kobiece: 58 arystokratek jednej z prowincji królestwa Wari (ze stolicą w górach, Huarmey to prowincja nadmorska. Dodatkowo 6 osób (kobiet?) złożonych w ofierze i 2 strażników (których być może zamurowano żywcem, przypuszczenie moje, autorzy wystawy dyskretnie milczą na ten temat). Zgodnie z rodzajem pochówków, większość znalezionych w grobach przedmiotów to, oprócz obrzędowej ceramiki, kobiece ozdoby i narzędzia tkackie. Najbogatszy grób zawierał szczątki około 60-cio letniej kobiety, tzw. Królowej. Oto komputerowa rekonstrukcja jej twarzy na podstawie czaszki:
Wari Queen: computer reconstruction based on her sculp.
Warto zwrócić uwagę na wielkie ozdoby w zdeformowanych małżowinach usznych i wystawną spinkę - pełno tego w muzeum:
Earings
Loom parts and wool
Moje zainteresowania kulturą Wari są związane z inkaskim bogiem Wiracocha - przelotnym epizodem monoteizmu w Andach, wprowadzonym przez Pachacutec'a, twórcę imperium Inków. Jednak wkrótce po jego śmierci Inkowie wrócili do politeizmu i kultu Boga-Słońca Inti, ich naczelnego bóstwa rodowego. Z Wiracocha są związane legendy, a między innymi o jego przepowiedni upadku imperium, spowodowanym przez ludzi takich jak on, kiedy ukazał się Pachacutec'owi - brodaty i ubrany od stóp do głowy. Hiszpanów natychmiast skojarzono z tą przepowiednią, co miało odegrać ważną rolę w początkowej bierności inkaskiej armii. Do dziś słowo wiracocha w quechua oznacza białego mężczyznę.
Otóż dowiedziałem się niedawno, że bóg Wiracocha był czczony w kulturze Wari. Niektórzy przynajmniej historycy wiążą go ze słynnym "bogiem z dwoma berłami" przewijającym się przez wiele miejscowych kultur. Jego wizerunek na małym puzderku z naszej wystawy:
God with two sceptres on a small box.
Wzory na tym pudełeczku odtworzono mrówczą pracą na podstawie śladów farby badanych pod mikroskopem. Wygląd oryginalny:
The real view of the box
A oto tenże bóg na olbrzymiej wazie:
God with two sceptres on a big vase.
Podróżowałem wzdłuż peruwiańskiego wybrzeża między Limą a Trujillo odwiedzając różne stanowiska archeologiczne (co dolina to inna kultura przedinkaska), ale akurat Huarmey ominąłem zboczywszy w góry. Jeszcze kilka ciekawostek z wystawy:
Vase
Bag for coca leaves
Ta torba na liście koki, które zwyczajowo są w Andach żute z dodatkiem wapna, co pomaga uwolnić zawarte w liściach alkaloidy, zupełnie mnie zaskoczyła. Kokę uprawia się na amazońskich podnóżach Andów, a ta torba pochodzi z wybrzeża Pacyfiku! Liście koki były (przynajmniej u Inków) zastrzeżone tylko dla arystokracji. Moje zaskoczenie pochodziło jednak przede wszystkim stąd, że takie ozdobne torebki na kokę widziałem u mężczyzn na wyspie Tequila na jeziorze Titicaca. To jedyny element męskiego stroju robiony każdemu przez żonę. Tkaniem płócien i szyciem, też strojów kobiecych, zajmują się mianowicie na Tequila prawie wyłącznie mężczyźni; w szczególności strój panny młodej jest sporządzany przez narzeczonego. Ale ten zwyczaj nie rozszedł się po okolicy...
A co do reszty, to warto się ruszyć... Wystawa jest otwarta do 27 maja. Sama ekspozycja też zresztą robi wrażenie:
An exhibition hall
Piramida z drewnianych skrzynek na środku jednej z sal ma chyba nawiązywać do ruin piramid kamiennych lub glinianych (z cegły adobe) budowanych przez te ludy. Eksponaty wystawy są umieszczone w skrzynkach pod ścianami, które być może nawiązują do zrujnowanych murów. Dla porównania: świeżo odkopane piramidy w Caral, na wybrzeżu Pacyfiku, ok. 200 km na północ od Limy:
Caral: two pyramids of the oldest civilization in Americas
To był mój główny cel wyjazdu do Peru w 2015 roku. W dolinie rzeki Supe znajduje się olbrzymi ośrodek ceremonialny z 6 piramidami i wieloma budynkami oraz 18 osiedli, każde z piramidą i tajemniczym, wkopanym w ziemię, kręgiem, będącym chyba miejscem spotkań mieszkańców. Ta cywilizacja funkcjonowała w okresie 3000 do 1800 lat przed Chrystusem. W końcu wszystkie te miejscowości zostały porzucone (co jest typowe dla Ameryki) i zasypane piaskiem, aż zainteresowali się nimi archeolodzy (nie było złota ani srebra, więc nikt wcześniej nie grzebał). Odkrycie Caral wywróciło do góry nogami antyczną historię "Nowego (?) Świata". W muzeach peruwiańskich, jeżeli Caral jest w ogóle wspominany, to tylko z nazwy. Interpretacja tej kultury i jej znaczenia chyba długo będzie przedmiotem dyskusji; na przykład znaleziono tu kipu.
Kiedy odwiedziłem Caral w głębi doliny i potem jego nadmorskie osiedle rybacko-portowe nad samym brzegiem oceanu, trwały jeszcze wykopaliska i większość terenu była niedostępna dla turystów. Zwiedzanie tylko z przewodnikiem, dziewczyny mówiły wyłącznie po hiszpańsku i pilnowały, żeby nie schodzić z wyznaczonych ścieżek. Byłem zresztą jedynym chętnym do zwiedzania. Mogłem zobaczyć, jak wyglądają świeżo odkopane zabytki archeologiczne, jeszcze nieprzystosowane dla turystów (jednak niektóre budowle były już zrekonstruowane lub zabezpieczone, przynajmniej częściowo).

02 kwietnia, 2018

Mapy

Marzec 2018. Chyba nie ma takiego zagorzałego podróżnika po Mazowszu, który nie znałby podziemnego dworca Warszawa Śródmieście, na którym zatrzymują się pociągi Kolei Mazowieckich i Szybkiej Kolei Miejskiej. Dworzec ten jest też wart uwagi z tego powodu, że trudno byłoby znaleźć bardziej obskurne i ponure miejsce. Jego jedyną zaletą estetyczną jest korespondencja z architekturą stojącego tuż przy nim Pałacu Kultury i Nauki.
Na tym dworcu jest jednak jedno warte wspomnienia miejsce:

A bookstore at Warszawa Śródmieście local train station.
Na peronie w kierunku wschodnim znajduje się "Story. Cafe and bookstore" - księgarnia sprzedająca po obniżonych cenach jakieś końcówki wydawnicze lub sam nie wiem co. Wstępuję tam często, kiedy czekam na pociąg i od czasu do czasu udaje mi się wyłowić coś ciekawego, jak na przykład cegłę Ryna "Wyspa Wielkanocna. Eskulap na Rapa Nui". A ostatnio:
A book with maps from XIII to XIX century.
Wielka, ważąca chyba ponad 5 kg księga z historycznymi mapami ze zbioru Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie: Mapping the World (Mapowanie świata?). Autorem albumu jest C. J. Schüler, wydawnictwo francuskie Éditions Place des Victoires, Paryż, we współpracy z firmą Frechmann, Kolonia, druk chiński, wspaniała jakość. Teksty (krótkie ) i opisy map po angielsku, niemiecku i holendersku (jeden z rozdziałów nosi tytuł The Golden Age of Dutch Cartography, 1569 - 1672). Stron 384, wydano w 2010. Kupiłem za 99,99 zł.
Album jest jednocześnie nowożytną historią poznawania naszego globu, a zawiera również mapę opracowaną ściśle według opisów Ptolemeusza. Nie sposób tu komentować tej historii, a większość pokazanych map to jednocześnie dzieła sztuki. Przypadkowo czytałem w tym czasie o działalności Royal Geographical Society przy okazji jego zaangażowania w wyprawy do amazońskiej dżungli, przedstawione w książce Davida Granna Zaginione miasto Z. Towarzystwo, powstałe w 1830, dążyło do usunięcia białych plam z map i w tym celu szkoliło przyszłych podróżników w dokładnym określaniu pozycji geograficznej (trzeba było z sobą tachać ciężkie instrumenty), odległości, kątów w terenie, itp. Przy okazji uczono również sztuki przetrwania w ekstremalnych warunkach. Szczególnie zafascynowały mnie metody przygotowywania poduszki z błota... Skądinąd wiadomo, że niektórzy absolwenci byli dalej doszkalani przez angielskie służby specjalne.
Książka zawiera oczywiście zakaz kopiowania i rozpowszechniania wszelkimi środkami, więc jedynie, w celu wprowadzenia w jej klimat, dodam zdjęcie starej mapy zrobione przeze mnie w muzeum (więcej o tym wkrótce), gdzie nie zabraniano fotografować:
An old map of Americas from the temporary exhibition of Peruvian colonial art in the National Museum, Warsaw.
Te białe plamy na mapie to odblask lamp na szybie gabloty.
Teraz szukamy map w internecie, są tam też zdjęcia terenu, trzymamy je w komórkach, co w połączeniu z GPS-em z każdego czyni bezbłędnego podróżnika. Szedłem kiedyś z GPS-em ale bez mapy - chodziło o to, żeby wrócić do punktu wyjścia w skomplikowanym terenie. Przyznam się jednak, że najbardziej lubię mapy papierowe, zawsze się o taką mapę lub mapkę staram, kiedy gdzieś jadę, zbieram mapki rozdawane w punktach turystycznych, i nigdy żadnych map nie wyrzucam.
Ciekawe, co i kiedy wyłowię znowu w księgarni na dworcu Warszawa Śródmieście?

24 marca, 2018

Zbójna Góra: obwodnica

Niedziela, 18 marzec 2018. Oj, ruszyłem się tym razem. Chciałem odwiedzić jeziorko na Zbójnej Górze (przysiółek w Radości, południowe obrzeże warszawskiej Pragi). Podobno to jeziorko ma nawet jakąś nazwę, ale dla mnie będzie zawsze jeziorkiem na Zbójnej Górze. Bywałem tam często dawnymi laty, przejeżdżałem jego brzegiem rowerem jadąc z Warszawy przez Międzylesie do Radości, przybiegałem zimą na nartach, jeżeli śnieg dopisał. Ale przede wszystkim jeździłem na łyżwach:
The main skating area on a small lake near Zbójna Góra, Warsaw, March 2018.
Tak wygląda jeziorko teraz, powoli zarasta trzcinami, ale jeszcze trochę "wodnej przestrzeni" ma. Widoczny na zdjęciu lód nie wyglądał zachęcająco pomimo marcowego nawrotu mrozu, ale kiedyś szalałem tu sobie na hokejówkach, przeważnie sam, co oczywiście było wariactwem, bo gdyby... . Miałem co prawda w takim dzikim jeżdżeniu na łyżwach trochę wprawy, bo i w Sztokholmie jeździłem w tamtych czasach po nocy na znacznie większym jeziorze Brunnsviken, nad którym mieszkałem. Też sam, bo noc, a w dzień nie było czasu... Trzeba było tylko uważać na dziury w lodzie wywiercone przez wędkarzy: nie były co prawda duże, ale lód wyrzucony na powierzchnię przez wiertło tworzył wokół dziury coś w rodzaju kreciego kopczyka. Zahaczenie łyżwą o taki kopczyk na dużej szybkości mogło się skończyć upadkiem. A i łyżwy mam tam inne, długie (45 - 65 cm), do jazdy po dzikim lodzie na jeziorach i morzu. Zajęcie to teraz w Szwecji bardzo popularne, jest specjalny sprzęt ratunkowy (każdy powinien mieć go przy sobie wchodząc na lód), szkolenia i przede wszystkim zasada, żeby nie jeździć samemu. Ale i tak co roku niestety nie każdego udaje się w porę wyciągnąć z wody. Rozpisałem się o tym moim ulubionym zajęciu w zimowej Szwecji (pod warunkiem, że warunki do takiej jazdy odpowiednie, co się ostatnio nieczęsto zdarza), a tu jeziorko czeka:


A few glimpses on the lake and its vicinity.
I jeszcze porządna wiata u zbiegu szlaków turystycznych na brzegu jeziorka:
A small shelter for tourists on the lake shore.

No więc idę ja sobie nad jeziorko, tu wille, tam sosny, tu znowu wydma (i nawet doszedłem i zdjęcia zrobiłem), jestem już blisko cmentarza radościańskiego, ale zamiast cmentarza widzę góry:
A new highway in construction.
No i przypomniałem sobie: południowa obwodnica Warszawy. Popatrzyłem w stronę Berlina, tak wyglądało:
View towards Berlin.
Popatrzyłem sobie w stronę Moskwy, tak wyglądało:
View towards Moscau.
Tak, tak, obwodnicą poleci szosa Berlin - Moskwa. A góry? To chyba będzie wiadukt nad ulicą Izbicką łączącą Radość i Aleksandrów. Cmentarza nie ruszyli, szosa pobiegnie tuż obok niego.
Trochę miałem kłopotu ze znalezieniem drogi nad bliskie już jeziorko (ale doszedłem i zdjęcia zrobiłem), zniknęła piękna ścieżka przez wyrąbany teraz las, pełny wczesną wiosną zawilców. Od placu budowy do jeziorka nie więcej niż dwieście metrów, ot tam w dole:
 
The lake is just down from highway, behind the trees.
No cóż, mogłem się jeszcze pożegnać z drzewami:
 
The remnants of forest. Towards Moscau.
Tak to moje ścieżki i wspomnienia zostały zdecydowanie i z rozmachem przecięte przez cywilizację. Ale nawet nie mogę narzekać: jak gdzieś jadę, to już lubię dojechać szybko. Tylko niekoniecznie przez środek Ursynowa, jak akurat ta międzynarodowa obwodnica jest poprowadzona. Też już zaczęli wykopki na jej przecięciu z moją rowerową trasą do pracy: ma lecieć (obwodnica) dla odmiany w tunelu.
Jak widać na zdjęciach, napadało trochę śniegu. W sobotę rano przebiegłem się na nartach w Lesie Kabackim, śniegu akurat starczyło i mróz trzymał. Odwiedziłem moją ulubiona trasą Wydmę Wdowę (wdowę po wysokiej wieży triangulacyjnej, która tam kiedyś stała), zimowy las i okoliczne pola w dzień to dla mnie raczej widok niezwykły, bo biegam tam na nartach przeważnie wieczorem, po powrocie z pracy, a i śnieg wtedy podmarza, kiedy skądinąd odwilż trzyma. Niestety, dłuższy kawałek mojej najlepszej trasy wykorzystują obecnie koniarze, a kopyta grudlą ziemię i śnieg, co nie daje dobrej nawierzchni dla narciarzy; można co prawda przemykać się boczkiem, ale to już nie to. Wypatrzyłem ostatnio inną trasę na WW, ale chyba będę musiał poczekać z jej wypróbowaniem.

28 lutego, 2018

Panama - Meksyk - Warszawa, powrót

Środa, 28 lutego, Warszawa. Już (w końcu?) w domu. I tak trzy dni opóźnienia powrotu to niewiele w porównaniu z Odyseuszem, któremu tułaczka z Troi do Itaki zabrała wiele lat i nie jedną świetną okazję mu odwołano. No ale wspominamy jego podróż do tej pory, choć to już ponad trzy tysiące lat. Nasz powrót przebiegł bez zakłóceń, a jego bardzo miłym akcentem była krótka wycieczka busem do centrum miasta Meksyk zorganizowana przez Itakę w czasie oczekiwania na lotnisku na przesiadkę.
Meksyk to cały oddzielny rozdział w moim życiu zawodowym i podróżniczym. Zawsze w czasie wyjazdu do Meksyku staram się odwiedzić przynajmniej dwa miejsca w mieście: centralny plac Zo'calo i bazylikę Matki Boskiej z Guadalupe, czyli Guadalupiany, jak ją tam nazywają. I taka akurat była wycieczka: 15 min na Zo'calo:
The central square of Mexico City, Zocalo, with a view at the presidential palace.
i 40 min w Bazylice:
The roofs of old and new basilicas of Our Lady of Guadalupe. Note the misty skyline of Mexico City in the background.

W sumie podróż była bardzo udana; przyroda, ludzie, kultura stara i nowa, góry, dwa oceany, zwierzęta i rośliny - wszystko na tak małym obszarze. Bardzo ciekawy zakątek Ameryki Łacińskiej, dwa małe ale ważne dla nas wszystkich kraje. Gdybym jeszcze nie złapał na zakończenie kataru...
A co ma Novalis wspólnego z podróżami? W jego powieści "Henryk Ofterdingen" jedna z postaci mówi: "Dopiero od czasu, gdym poszedł w świat i wiele innych widziałem krajów, odczuwać począłem mój kąt rodzinny." A ja sobie niedawno uświadomiłem, że po prostu lubię Warszawę. Skutek podróży? Uświadomiłem sobie także, że miasta są niemniej ciekawe niż dzikie i bezludne zakątki. Cóż, nie tylko świat się zmienia, ale i człowiek.
Do następnego wyruszenia!

25 lutego, 2018

Novalis

Niedziela, 25 lutego. Dwa nieoczekiwanie dodatkowe dni, trzeba je czymś wypełnić. Basen? Zakupy? Dodatkowe wycieczki? Raczej nie. Lektura? Tak, to chyba najlepsze. Przynajmniej wiem już, po co ciągnąłem ze sobą aż trzy książki Novalisa. Kto zacz? Prekursor niemieckiego, a więc całego, romantyzmu. Novalis to pseudonim Fryderyka von Hardenberga (1772 - 1801). Poeta (spotykał się z Schillerem i Goethem), pisarz, filozof (przyjaciel Schlegla, polemizuje z nim Schelling), mistyk interesujący się alchemią i dobry chrześcijanin (marzący o jedności wyznań chrześcijańskich i światowych religii w ogóle, jak to romantyk). A zawód wyuczony i wykonywany? Inżynier górnik, powiedzielibyśmy obecnie. Studiował ówczesną geologię, chemię i górnictwo na Akademii Górniczej we Freibergu, kumał matematykę i często wykorzystywał matematyczne analogie w swojej twórczości. Jemu to przypisuje się wprowadzenie terminów związanych z nazwą "romantyzm", chociaż akurat używał innych wariantów tego słowa, jak na przykład "romantyzować". Pisze: "Romantyzowanie to jakościowe potęgowanie. ... Nadając rzeczom pospolitym wyższy sens, zwykłym - tajemniczy wygląd, znanym - godność rzeczy nieznanych, skończonym - pozór nieskończoności, romantyzuję je". Mamy więc potęgowanie. Proces odwrotny do opisanego w tej definicji, czyli sprowadzanie rzeczy "wyższych" do "zwykłych" (nasza współczesna dekonstrukcja?) Novalis nazywa ... logarytmowaniem. Fanfary! Jak go nie lubić? Do nauki (nie tylko matematyki) nawiązuje zresztą często w swojej prozie filozoficznej i artystyczno-teoretycznej.
Mam tu z sobą "Hymny do nocy" w nowym tłumaczeniu Andrzeja Lama (2016), "Uczniowie z Sais. Proza filozoficzna - studia. Fragmenty" w przekładzie Jerzego Prokopiuka (1984), i niedokończoną powieść gęsto przetykaną wierszami "Henryk Ofterdingen" w tłumaczeniu Franciszka Mirandoli (właśc. Pika, 1914) ściągniętą z wolnelektury.pl (Fundacja Nowoczesna Polska). To prawie wszystko co napisał. A że to wczesny romantyzm, idealizm niemiecki i alchemia, więc nie będę się i ja rozpisywał, bo to dla nas mało strawne. Ale na pewno jest to twórczość ciekawa a poetą był rzeczywiście intrygującym.

Ciekawostki i zagadki: Panama i Kostaryka

Niedziela, 25 lutego. Dzień oczekiwania na spóźniony odlot do domu. Mam trochę zdjęć, komentarzy i pytań "co to?", które mogę teraz przekazać do internetu.
Namorzyny - drzewa i krzewy rosnące w wodzie morskiej. jest ich tu kilka gatunków, tworzą bardzo ważne i bogate systemy nadbrzeżne, które obserwowaliśmy w czasie wycieczki łodzią w Bocas del Toro:
Exporing mangroves in Bocas del Toro.
Namorzyny musiały rozwiązać problem zasolenia wody, która jest im niezbędna do życia. Niektóre gatunki po prostu filtrują czysta wodę z morskiej (ciekawe jak to sie dokładnie odbywa, w technice membranowej taki proces nazywa się odwrotną osmozą): po przecięciu korzenia można pić wypływający z niego sok. Inne wydalają nadmiar soli liśćmi i korzeniami.
Rozmnażają przez pędy rosnące z gałęzi w dół, które po ukorzenieniu się i oderwaniu od gałęzi matki są nowymi drzewami:

Mangrove branches shoot down new seedlings.
Network of mangrove roots during low tide.
A teraz zagadki (now puzzels, often I have no idea what is shown in the photo):
 
 
 
I to by było na tyle.