Fårö, sierpień 13-14, 2019. Na Gotlandii pozostało trochę zabytków, starych domów, wiatraków, łodzi. Część z nich została odnowiona lub odbudowana i oznaczona tablicami przez lokalne muzeum i stowarzyszenie miłośników Fårö. Jednym z takich punktów jest odbudowany domek łowców fok (ważne zajęcie w historii Gotlandii) i stara łódź ratunkowa:
Dwa kilometry na północ od Fårö znajduje się wielka rafa, na której często rozbijały się statki. Przygotowano więc łódź i zorganizowano grupę ochotników wyruszających na morze w poszukiwaniu rozbitków, kiedy tylko pojawiła się wiadomość o katastrofie. Ten system istnieje i obecnie, a nowa i większa łódź jest gotowa do akcji; cumuje w innym porcie rybackim. Jedni ratowali, ale są też przekazywane z dawnych lat opowieści (nie potwierdzone przez historyków) o rabowaniu i zabijaniu rozbitków, którym udało się dotrzeć do brzegu. Słynna z tego miała być mała piaszczysta wyspa jeszcze dalej na północ od Fårö. Liczba katastrof nieco się zmniejszyła po wybudowaniu na początku XIX wieku latarni morskiej, obecnie całkiem zautomatyzowanej:
Na Fårö znajduje się wiele wiatraków przerobionych na "dacze", oto jeden z nich wciągnięty na listę zabytków:
W pobliżu domek ostatniego młynarza; młynarz był głuchoniemy ale umiał czytać i pisać, a mąkę robił podobno świetną:
Na pierwszym planie tradycyjny płot, znowu często widywany na Fårö. A tak mieszkał ten młynarz:
Na pobliskich łąkach spacerują i coś tam podjadają żurawie:
Nad morzem też ptaków nie brakuje:
a jeszcze więcej poluje w wodzie:
Następnego dnia odbywam spacer wzdłuż brzegu i przez ponad godzinę nie spotykam ani jednego człowieka. Za to, a może właśnie dlatego, natykam się na ponad setkę kormoranów obsiadających kamienie i polujących w przybrzeżnej wodzie:
Kiedy zbliżam się do brzegu, wszystkie odlatują; są znane z płochliwości:
Podszedłem do brzegu nie dla kormoranów, ale obejrzeć bunkier z czasów drugiej wojny światowej:
Fårö było jeszcze przez długi czas po wojnie zmilitaryzowane, ale zmienił się potencjalny agresor. Cudzoziemcy, żeby tu przyjechać, musieli uzyskać specjalną przepustkę. Potem wojsko znikło, ale od niedawna jego aktywność, co prawda niewielką, znów można zauważyć.
Mieszkałem w tym tradycyjnym domu farmerskim, obecnie zajętym przez mieszczuchów; widać okno z mojego pokoju na piętrze w szczytowej ścianie:
Po południu wycieczka rowerowa na południowo-wschodnie wybrzeże Fårö. I znów jadę na damce, a ponieważ nie można znaleźć odpowiedniego klucza, siodełko jest na minimalnej wysokości. Okazuje się, że i do tego można się przyzwyczaić, obserwowałem taką jazdę u innych, ale mięśni nijak nie daje się w pełni wykorzystać. Przypomniało mi się moje chłopięctwo bo jest to tak zwane torpedo, czyli można (i trzeba) hamować pedałami, tylko przednie koło ma hamulec. Ale rower jest też zmodernizowany w stosunku do moich czasów: ma trzy biegi w tylnej piaście (i tylko tam) - na czymś takim jadę pierwszy raz.
Ciekawe klify nadmorskie i ich tegoroczny (oraz starsze) obryw:
Za widocznym na pierwszym zdjęciu płotem znajduje się posiadłość Ingmara Bergmana, szczelnie, wbrew szwedzkim obyczajom, otoczona murami, płotami i drutem kolczastym; trzeba uważać przy forsowaniu tych przeszkód. Bergman, który nakręcił na Gotlandii sześć filmów, podobno dofinansowywał okolicznych rolników, żeby nie sprzedawali ziemi na hotele - chciał być sam. W testamencie zapisał tę posiadłość swoim licznym dzieciom i polecił im ją sprzedać bez sentymentów, ale szwedzki socjalistyczny rząd do tego nie dopuścił. Posiadłość jest strzeżona i na głucho zamknięta, ale w "stolicy" Fårö o tej samej nazwie znajduje się małe Centrum Bergmanowskie, a na pobliskim cmentarzu można odwiedzić jego grób.
Ze stołecznych zabytków kuszą stajnie, które budowali gospodarze przyjeżdżający do kościoła na niedzielne nabożeństwa; w wietrzne zimowe dni jak znalazł:
Jest to jedyny ocalały budynek stajenny z wielu zbudowanych kiedyś w okolicy kościoła. Charakterystyczna tabliczka z opisem (też po angielsku) zawiera jedno słowo (tu akurat stables albo jego szwedzki odpowiednik) do wpisania w odpowiedni formularz dołączany do mapy, którą kupuje się w muzeum. Po zebraniu wszystkich haseł można wziąć udział w konkursie. Nawiasem mówiąc, nie spotkałem na wyspie ani jednego konia.
Na nadbrzeżu jeszcze jeden bunkier, tym razem zamaskowany na skałę. Maskowanie nie jest już w najlepszym stanie, jak widać, ale w bunkrze rybacy urządzili sobie skład sprzętu:
A w drodze powrotnej jeszcze jedne klify nad czymś, co kiedyś było zatoką, potem jeziorem, potem jeszcze bagnem, a teraz, zwłaszcza w suche lata, po prostu podmokła doliną:
Na klifach spory jak tutejszą skalę, kamienny kurhan z epoki brązu:
A w pobliskim lesie fundamenty domów z epoki żelaza (nieoznaczone, ale to chyba jeden z nich):
Blog powstał jako próba wykręcenia się od powiadamiania rodziny i przyjaciół, że jeszcze żyję i co jest dookoła, w czasie dłuższych wyjazdów. Teraz każdy może sobie sam sprawdzić. Niestety szybko weszło mi to w krew. Piszę na gorąco, najlepiej jeszcze tego samego dnia, który opisuję. Samotne podróżowanie zostawia zwykle dwie - trzy wolne godziny na kopiowanie zdjęć i krótki komentarz. O ile szybkość internetu na to pozwala. Oprócz relacji z podróży, trochę ciekawostek, a obecnie wspomnienia.
21 sierpnia, 2019
20 sierpnia, 2019
Gotlandia 1
12-13 sierpnia 2019. Jeszcze jedna wyspa była mi w tym roku pisana - tym razem na środku Bałtyku, Gotlandia. Wyspa przypisana Gotom (zostawili też swoją plemienną nazwę na stałym lądzie, a również kamienne kręgi i kurhany na naszym dzisiejszym Pomorzu Wschodnim, zanim przez stepy czarnomorskie dotarli nad Morze Śródziemne, gdzie objęli na pewien czas władzę w Italii i stworzyli własne państwo na terenie Hiszpanii), ale tak naprawdę nie wiadomo dokładnie na jakich terenach Skandynawii mieszkali przed rozpoczęciem swojej wędrówki przez Europę.
Na Gotlandii byłem już dwa razy, ale teraz płynę tam po raz pierwszy promem z Nynäshamn pod Sztokholmem. W porcie miła niespodzianka:
To jeden z promów z polską nazwą na burcie, zresztą wyraźnie mniejszy od tego, którym płynę. Wygodna podróż trwa około trzy i pół godziny a komfortowe łodzie ratunkowe na tle ciemnego nieba (wkrótce zacznie padać deszcz i cały czas silnie wieje) sprawiają miłe wrażenie:
Na Gotlandii znowu słońce, ale to nie sama Gotlandia jest dzisiaj moim celem. Na północ od niej znajduje się znacznie mniejsza wyspa oddzielona od Gotlandii wąską ale głęboką cieśniną, którą też trzeba przebyć lokalnym promem. Nazywa się ta wyspa w naszej uproszczonej pisowni Faro, ale po szwedzku pisze się ją Fårö, a czyta w polskim przybliżeniu jak Fore z lekkim akcentem na "e".
Fårö, podobnie jak cała Gotlandia, jest wapienną płytą, która powstała dawno dawno temu w okolicach obecnego Oceanu Indyjskiego. Część jej plaży wygląda tak:
Warto zwrócić uwagę na jedną z ciekawych form wietrzenia tutejszych skał:
Są też wspaniałe piaszczyste plaże, ściągające w sezonie tłumy z Gotlandii właściwej, co powoduje olbrzymie korki na przeprawie promowej:
Niezbyt ciepła i wietrzna pogoda oraz zbliżające się rozpoczęcie roku szkolnego pozwalają nam na skoncentrowanie się na krajobrazie a nie ludziach. Widoczna na zdjęciu damka z siodełkiem dla dziecka na tylnym bagażniku i koszykiem z przodu była tego dnia moim pojazdem. A ten przystanek na plaży to jednocześnie moja jedyna kąpiel w lodowatej wodzie (a co z tradycyjnym przeziębieniem?). Na szczęście słońce jeszcze grzało a trawy na wydmach dawały jako taką osłonę od wiatru. Była to chyba moja pierwsza jazda rowerem po plaży, niekiedy w wodzie, a czasem trzeba było rower prowadzić (ale były to na szczęście nieliczne i krótkie odcinki).
Pokazano mi dołki-pułapki wykonane w piasku przez larwy miejscowego mrówko-lwa, co wzbudziło we mnie nieoczekiwane wspomnienia z Kenii. Dołki niezbyt zresztą efektowne:
ale wrzucona w nie mrówka zostaje natychmiast schwytana za odwłok i po krótkiej szamotaninie przestaje się poruszać:
Piasku zresztą na północno-wschodnim krańcu Fårö nie brakuje: do końca XIX wieku pokrywały go ruchome wydmy, które stopniowo opanowano trawami i lasem. Można w nim teraz znaleźć takie przytulne letnie domki:
Na Gotlandii byłem już dwa razy, ale teraz płynę tam po raz pierwszy promem z Nynäshamn pod Sztokholmem. W porcie miła niespodzianka:
To jeden z promów z polską nazwą na burcie, zresztą wyraźnie mniejszy od tego, którym płynę. Wygodna podróż trwa około trzy i pół godziny a komfortowe łodzie ratunkowe na tle ciemnego nieba (wkrótce zacznie padać deszcz i cały czas silnie wieje) sprawiają miłe wrażenie:
Na Gotlandii znowu słońce, ale to nie sama Gotlandia jest dzisiaj moim celem. Na północ od niej znajduje się znacznie mniejsza wyspa oddzielona od Gotlandii wąską ale głęboką cieśniną, którą też trzeba przebyć lokalnym promem. Nazywa się ta wyspa w naszej uproszczonej pisowni Faro, ale po szwedzku pisze się ją Fårö, a czyta w polskim przybliżeniu jak Fore z lekkim akcentem na "e".
Fårö, podobnie jak cała Gotlandia, jest wapienną płytą, która powstała dawno dawno temu w okolicach obecnego Oceanu Indyjskiego. Część jej plaży wygląda tak:
Warto zwrócić uwagę na jedną z ciekawych form wietrzenia tutejszych skał:
Są też wspaniałe piaszczyste plaże, ściągające w sezonie tłumy z Gotlandii właściwej, co powoduje olbrzymie korki na przeprawie promowej:
Niezbyt ciepła i wietrzna pogoda oraz zbliżające się rozpoczęcie roku szkolnego pozwalają nam na skoncentrowanie się na krajobrazie a nie ludziach. Widoczna na zdjęciu damka z siodełkiem dla dziecka na tylnym bagażniku i koszykiem z przodu była tego dnia moim pojazdem. A ten przystanek na plaży to jednocześnie moja jedyna kąpiel w lodowatej wodzie (a co z tradycyjnym przeziębieniem?). Na szczęście słońce jeszcze grzało a trawy na wydmach dawały jako taką osłonę od wiatru. Była to chyba moja pierwsza jazda rowerem po plaży, niekiedy w wodzie, a czasem trzeba było rower prowadzić (ale były to na szczęście nieliczne i krótkie odcinki).
Pokazano mi dołki-pułapki wykonane w piasku przez larwy miejscowego mrówko-lwa, co wzbudziło we mnie nieoczekiwane wspomnienia z Kenii. Dołki niezbyt zresztą efektowne:
ale wrzucona w nie mrówka zostaje natychmiast schwytana za odwłok i po krótkiej szamotaninie przestaje się poruszać:
Piasku zresztą na północno-wschodnim krańcu Fårö nie brakuje: do końca XIX wieku pokrywały go ruchome wydmy, które stopniowo opanowano trawami i lasem. Można w nim teraz znaleźć takie przytulne letnie domki:
28 czerwca, 2019
Kijów
Uzupełniłem zdjęciami zaległe wpisy "Santiago de Chile i sztuka prekolumbijska" i "Arica: geoglify i mumie". Zapraszam, zwłaszcza do obejrzenia nowych dla mnie przejawów "sztuki kamiennej" nazwanych przez specjalistów geoglifami.
Czerwiec, 12 - 15. Krótki, upalny wypad do Kijowa. Kilka ciekawostek.
Znajduję na mapie Skwer Inteligencji Kijowskiej. Idziemy. Okazuje się, że na skwerze znajdują się cztery rzeźby ptaków, mających symbolizować różne typy "mieszczan kijowskich". Pochodzą prawdopodobnie jeszcze sprzed rewolucji październikowej:
Na postumentach napisy sławiące inteligencję (jako grupę społeczną), jak na przykład (pomógł mi to przetłumaczyć mój ukraiński przyjaciel): Inteligencja ma godność, Inteligencja kultywuje współczesność, Inteligencja przygotowuje przyszłość (czwartej tabliczki brak). Elementami skweru są też olbrzymie murale na otaczających go domach:
A to główny budynek Kijowskiego Narodowego Uniwersytetu:
Wewnątrz, w holu wejściowym, ale od tyłu, znajdują się trzy witraże, w stylu:
Powstały w czasach komunizmu, ale nie pozwolono ich umieścić na uniwersytecie, bo duża ilość elementów w kolorach żółtym i niebieskim zbytnio kojarzyła się komunistom z ukraińskim nacjonalizmem. Pojawiły się na uniwersytecie dopiero po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości.
Widok na Dniepr i lewobrzeżne nowe dzielnice z kijowskich wzgórz:
Na pierwszym planie pomnik Włodzimierza Wielkiego, któremu przypisuje się chrzest Rusi Kijowskiej.
Dwa fragmenty Pieczerskiej Ławry, zespołu klasztorów i cerkwi z słynnymi pieczarami, które były ryte przez mnichów w lessowych skałach jako miejsca ich przebywania, a potem stawały się ich grobami; wiele ciał zmumifikowało się. Cały ten zespół należy do Cerkwi Rosyjskiej i np. mój znajomy, gorący zwolennik niepodległości Ukrainy, tam nie bywa.
I jeszcze "mały" pomnik Wielkiego Głodu na Ukrainie, kiedy w związku z oporem przeciwko kolektywizacji komuniści odebrali chłopom całe ziarno, również to przeznaczone na zasiew (zmarły wtedy milionów ludzi, nie tylko na Ukrainie, dokładne liczby są sporne, polecam artykuł w Wikipedii):
Powstał niedawno również olbrzymi pomnik Wielkiego Głodu na dnieprowej skarpie, ale jeszcze tam nie dotarłem. Może następnym razem.
Oprócz elementów upamiętnienia ofiar Majdanu 2014, przedstawionych przeze mnie rok temu, natknąłem się obecnie na tablice ze zdjęciami i krótkimi informacjami o ukraińskich ochotnikach, którzy zginęli w Donbasie w latach 2014-2017, kiedy to formacje ochotnicze zostały ostatecznie zastąpione przez regularne wojsko:
To tylko fragment tej ściany pamięci.
Dla smakoszy: Tym razem korzystaliśmy z małego, "miejskiego" lotniska Żulany, tanie linie, wczesne odloty. O godzinie piątej rano, pomimo dużego ruchu, był otwarty tylko "oyster bar", chyba duński, gdzie zjadłem "smoerbroet" - kanapkę z kawałkami ryb, owoców morza i kawałkami grejpfruta. Wspaniały kąsek, odpowiedni do wczesnej pory dnia. Mogę też polecić stylową zieloną herbatę. Tak daleko w czasie i niedaleko w przestrzeni od Wielkiego Głodu...
Czerwiec, 12 - 15. Krótki, upalny wypad do Kijowa. Kilka ciekawostek.
Znajduję na mapie Skwer Inteligencji Kijowskiej. Idziemy. Okazuje się, że na skwerze znajdują się cztery rzeźby ptaków, mających symbolizować różne typy "mieszczan kijowskich". Pochodzą prawdopodobnie jeszcze sprzed rewolucji październikowej:
Na postumentach napisy sławiące inteligencję (jako grupę społeczną), jak na przykład (pomógł mi to przetłumaczyć mój ukraiński przyjaciel): Inteligencja ma godność, Inteligencja kultywuje współczesność, Inteligencja przygotowuje przyszłość (czwartej tabliczki brak). Elementami skweru są też olbrzymie murale na otaczających go domach:
A to główny budynek Kijowskiego Narodowego Uniwersytetu:
Wewnątrz, w holu wejściowym, ale od tyłu, znajdują się trzy witraże, w stylu:
Powstały w czasach komunizmu, ale nie pozwolono ich umieścić na uniwersytecie, bo duża ilość elementów w kolorach żółtym i niebieskim zbytnio kojarzyła się komunistom z ukraińskim nacjonalizmem. Pojawiły się na uniwersytecie dopiero po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości.
Widok na Dniepr i lewobrzeżne nowe dzielnice z kijowskich wzgórz:
Na pierwszym planie pomnik Włodzimierza Wielkiego, któremu przypisuje się chrzest Rusi Kijowskiej.
Dwa fragmenty Pieczerskiej Ławry, zespołu klasztorów i cerkwi z słynnymi pieczarami, które były ryte przez mnichów w lessowych skałach jako miejsca ich przebywania, a potem stawały się ich grobami; wiele ciał zmumifikowało się. Cały ten zespół należy do Cerkwi Rosyjskiej i np. mój znajomy, gorący zwolennik niepodległości Ukrainy, tam nie bywa.
I jeszcze "mały" pomnik Wielkiego Głodu na Ukrainie, kiedy w związku z oporem przeciwko kolektywizacji komuniści odebrali chłopom całe ziarno, również to przeznaczone na zasiew (zmarły wtedy milionów ludzi, nie tylko na Ukrainie, dokładne liczby są sporne, polecam artykuł w Wikipedii):
Powstał niedawno również olbrzymi pomnik Wielkiego Głodu na dnieprowej skarpie, ale jeszcze tam nie dotarłem. Może następnym razem.
Oprócz elementów upamiętnienia ofiar Majdanu 2014, przedstawionych przeze mnie rok temu, natknąłem się obecnie na tablice ze zdjęciami i krótkimi informacjami o ukraińskich ochotnikach, którzy zginęli w Donbasie w latach 2014-2017, kiedy to formacje ochotnicze zostały ostatecznie zastąpione przez regularne wojsko:
To tylko fragment tej ściany pamięci.
Dla smakoszy: Tym razem korzystaliśmy z małego, "miejskiego" lotniska Żulany, tanie linie, wczesne odloty. O godzinie piątej rano, pomimo dużego ruchu, był otwarty tylko "oyster bar", chyba duński, gdzie zjadłem "smoerbroet" - kanapkę z kawałkami ryb, owoców morza i kawałkami grejpfruta. Wspaniały kąsek, odpowiedni do wczesnej pory dnia. Mogę też polecić stylową zieloną herbatę. Tak daleko w czasie i niedaleko w przestrzeni od Wielkiego Głodu...
09 czerwca, 2019
Tatry nad Santiago
Sobota, 1 czerwca. Właściwie to piszę ten blog tylko po to, aby pokazać zdjęcia gór ciągnących się wzdłuż lotniska w Santiago de Chile. Nie mogłem znaleźć nazwy tych gór, ale są widoczne na zdjęciach w Google maps. To są zresztą dla nich pieski, bo zaraz na wschód od Santiago (lotnisko jest po zachodniej stronie miasta), w Kordylierze Andyjskiej, stoją sześciotysięczniki. Widoki z lotniska zupełnie tatrzańskie, a więc miłe sercu, wysokość tych "górek" też wydaje się tatrzańska:
I takie było zakończenie moich reporterskich obowiązków w tej podróży. W samolocie siedziałem na samym środku i już nic nie widziałem.
| Quite like the Tatra mountains, but close to the Santiago airport |
02 czerwca, 2019
Altiplano i Atacama z powietrza
Piątek, 31 maja. Zdecydowana niechęć do jedzenia, ale miejsce w samolocie La Paz - Santiago de Chile mam przy oknie. Od razu czuję się lepiej. zaraz po starcie widok na El Alto, czyli jakby dzielnicę La Paz położoną na Altiplano, ale administrowaną jako oddzielne miasto (to tu znajduje się lotnisko):
Altiplano w pobliżu La Paz jest tak zwanym przez nas "użytkiem rolnym":
Powoli jednak teren się zmienia:
Pojawiają się pierwsze, jeszcze małe, wulkany:
Potem trochę większe wulkany:
Po drodze przelatujemy nad słynnymi "salinas" czyli wielkimi powierzchniami pokrytymi solą lub, zwłaszcza w porze deszczowej, słonymi jeziorami:
Wulkany potrafią być kolorowe:
Na co wyższych wulkanach pojawia się śnieg:
Dużo tu kopalni, jesteśmy już blisko pustynnej Atacamy, bogatej w miedź i inne smakowite metale:
Wlatujemy powoli nad Atacamę:
Pojawia sie miejscami trochę więcej śniegu:
A w końcu też chmury:
Chmury wkrótce zakryły wszystko. Dopiero przed lądowaniem pokazało się znowu trochę ziemi, ale to było już Chile i jak widać zupełnie inny klimat:
Rozpocząłem ten wpis w sobotę koło południa przy chai tea latte koło Starbucksa w Santiago de Chile a kończę w identycznych warunkach w niedzielę przed południem na londyńskim Heathrow. W Santiago wyspałem się jak mops, co nie pozwoliło mi nawet zmrużyć oka w czasie lotu. Obejrzałem za to już prawie wszystkie filmy Disneya z ostatnich kilku lat. Apetyt jeszcze nie wrócił.
| El Alto, La Paz in the smoggy hole, and white mountains |
| Agriculture on Altiplano |
| Altiplano turns to desert |
| First, quite low, volanoes |
| More volcanos |
| Salinas surrounded by volcanos, Andean Cordillera in the background |
| Colorful volcanos |
| Snowcaped volcano |
| Mines in the desert |
| Atacama desert |
| Snowy volcano, lava field and Cordillera in the background |
| Winter is coming! |
| And clouds |
| Close to Santiago de Chile the landscape is different |
31 maja, 2019
La Paz 3
Czwartek, 30 maja. Wybierałem się na wycieczkę w góry, między innymi jest to okazja, żeby wejść na szczyt Chacultaya, ok. 5300 m. Do podejścia od parkingu jest ok. 200 m, ale Lonely Planet zaleca, żeby po każdych 10 krokach robić 30 sekund przerwy. Na pewno bym wypróbował wartość tej recepty. Przypomniała mi ona przedwojenną wyprawę polskich wspinaczy w Andy, kiedy to chcieli zdobyć jakiś sześciotysięcznik (chyba jako przygotowanie do wyjazdu w Himalaje). Większość zdobywców szła jak mogła najszybciej i najdłużej, potem długo odpoczywała przed kolejnym zrywem. Tylko Witold Paryski szedł bardzo wolno, ale bez dłuższych odpoczynków. Nie przeszkodziło mu to wejść na szczyt w tym samym czasie co "ścigacze". Kiedy nasi zdobywcy dotarli na szczyt (bezśnieżny) znaleźli ruiny kamiennej budowli - Indianie byli tam wcześniej i to nie raz. W drodze powrotnej mieliśmy zwiedzić Dolinę Księżycową. Rano, po śniadaniu, stwierdziłem, że raczej powinienem rozpocząć kurację niż wypróbowywać swoją kondycję. Katar i kaszel, z czym sobie szybko poradziłem, ale coraz wyraźniej występowały problemy żołądkowe. Przedrzemałem właściwie cały dzień, w przerwach czytając o bardzo interesujących wędrówkach pieszych i łatwych wspinaczkach na niektóre szczyty w Boliwii. Dopiero wieczorem zebrałem się w sobie, odwiedziłem biuro turystyczne, w którym wykupiłem wycieczkę, i nawet mi zwrócili jedną trzecią jej kosztów. Ale tak naprawdę poczułem się lepiej, kiedy myjąc zęby niechcący dotknąłem szczoteczką podniebienia i się bardzo porządnie zwymiotowałem w kilku rzutach, też zresztą niechcący jak wiadomo. W samą porę, bo następnego dnia miałem lecieć do Santiago de Chile, rozpoczynając w ten sposób drogę powrotną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)