13 sierpnia, 2018

Powrót do Lhasy, kora wokół Jokhang, literatura tybetańska



Poniedziałek, 13 sierpnia. Przejazd z Shigatse do Lhasy. Wzdłuż szosy biegnie nowa linia kolejowa łącząca te miasta:
New railroad Lhasa - Shigatse
Na przełomach Jarlungu:
Jarlung rivers cuts its way across mountains
ginie ona w tunelach, bo nie ma tam miejsca na szosę i tory. Wokół wspaniałe góry  (pokazują się na chwilę ośnieżone szczyty, ale to po drugiej stronie autobusu, więc dowiaduję się o tym poniewczasie):
 
Fantastic mauntains around!
Po drodze mijamy klasztor bon, przedbuddyjskiej religii Tybetu (z której tutejszy buddyzm wiele przejął, obecnie oficjalnie uznana przez dalajlamę jako autentyczna religia tybetańska):
Monastery of bon - pre-buddist Tybetan religion - surrounded by prayer flags

Wieczorem odbywam korę wokół świątyni Jokhang (Dżokhang) ulicami miasta (nie fotografowałem w tym czasie, więc tylko słowna relacja). Korę buddyści odbywają zawsze w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara (wyznawcy przedbuddyjskiej religii bon w przeciwnym kierunku, ale oczywiście nie wokół świątyń buddyjskich - mają swoje; święte góry i jeziora są natomiast wspólne i tam można ich odróżnić po kierunku okrążania). Na korze wokół Jokhang tłum jest tak duży, że poruszanie się w przeciwnym kierunku jest znacznie utrudnione. Ludzie idą, wielu z różańcami, niektórzy z młynkami modlitewnymi. Dzieci, młodzi, średni i starzy. Stroje tradycyjne, garnitury albo dżinsy. Część pątników odmierza trasę długością własnego ciała: przyklękają, wyciągają się na całą długość ciała z rękami w przedzie, podnoszą się, robią trzy kroki do punktu, gdzie sięgały czubki palców, i powtarzają całą procedurę od nowa. Niektórzy mają ochronne fartuchy, częste są grube rękawice, a niektórzy mają deseczki na kolanach i dłoniach. Na takich deseczkach można się silnie odbić i dodatkowy kawałek przejechać w pozycji leżącej: kamienie na ulicy są dobrze wyślizgane. Czasem koło takiej pątniczki kręci się córeczka, czasem „kroczą” tak całe rodziny. Pod zamkniętą już o tej porze świątynią ludzie biją pokłony, w dzień biją i przed i na dziedzińcu, ale jest ich mniej ze względu na upał. Spędziłem kiedyś trzy dni (dokładniej dwie noce) w buddyjskiej świątyni w Korei: uczyli mnie między innymi i bicia pokłonów (dla nie-buddystów ma to być poznawanie buddyjskiej kultury): zrobienie 100 pokłonów daje trochę w kość, ale można się szybko wytrenować. Kora wokół Jokhang to nie więcej niż półtora kilometra, ale kora wokół świętej góry Kajlasu (?, na zachodzie Tybetu) zajmuje metodą odmierzania ciałem pięćdziesiąt dni, jak się dowiedział pewien dziennikarz, który spotkał tam dwu staruszków odbywających ją w ten sposób. Trasa ma długość ponad pięćdziesiąt kilometrów i przechodzi przez przełęcz ponad 5700 m n.p.m. Tybetańczycy zwykle robią ją w jeden dzień, turyści w trzy.
Ponieważ nie byłem zbyt zaangażowanym pielgrzymem, kiedy natrafiłem na księgarnię natychmiast do niej wszedłem. Z lewej strony książki czysto chińskie, z prawej tybetańsko-chińskie (Tybetańczycy mają własny alfabet od siódmego wieku naszej ery). Okazało się, że są tu akurat dokładnie trzy książki z angielskim tekstem: jedna z nich to podręcznik angielskiego dla szkół, drugą zakupiłem od razu, a trzecią następnego dnia.
Moja pierwsza książka po tybetańsku to zbiór porad etyczno-religijnych napisach około trzystu lat temu i splatających elementy buddyjskie z islamskimi. Tytuł „Khache Phalu’s Book of Advice”; Khache oznacza w tybetańskim muzułmanina, a Phalu to imię. W Lhasie i Shigatse istniały kolonie muzułmanów kaszmirskich, powstałe w celach handlowych, przynajmniej od XVII wieku, i stąd te wzajemne relacje. Nie wiadomo, kto ten tekst napisał, niektórzy przypisują go siódmemu panczenlamie lub jego mistrzowi duchowemu, który miał kaszmirskiego przyjaciela, inni jednemu z muzułmanów, który urodził się w Tybecie i perfekcyjnie znał tybetański. Tekst jest napisany mową wiązaną, która w Tybecie ma bardzo ścisłe reguły, oraz zawiera typowo tybetańska metaforykę. Ale odwołuje się kilkakrotnie do „Najwyższej istoty” czyli Boga, a niektóre fragmenty wydają się być inspirowane przez poematy perskiego poety Saadi’ego „Gulistan” i „Bustan”. Książka zawiera, oprócz tekstu tybetańskiego, tłumaczenie na angielski oraz obszerne wprowadzenie po angielsku. Została wydana przez Tibet’s People Press w 2015 roku.  Druga książka nosi angielski tytuł „The senile woman’s eulogy of the dispute between the tea fairy and the chang fairy”; chang to nazwa jęczmiennego lub ryżowego piwa produkowanego w Tybecie i Nepalu. Oprócz tekstu tybetańskiego, znajdziemy tu tłumaczenia na chiński i angielski oraz komentarz po chińsku z angielskimi wstawkami; opis wydawcy jest tylko po chińsku, rok wydania 2014.

12 sierpnia, 2018

Jezioro Yamdrok i Przęłecz Karo

Za duży zrobił się ten post, internet nie dawał już z nim rady: musiałem podzielić go na dwa.

Kłopoty z internetem, brak czasu i bardzo dużo atrakcji, oraz potrzeba chociaż chwili na uładzenie się z wrażeniami, powodują, ze wysyłam ten komunikat bez zdjęć.  Może jeszcze uda się je dodać? Porzucam też na razie obiecane sprawozdanie z wizyty w Potali i Jokhangu. Przepraszam!
No i dodałem zdjęcia z soboty: jak mam teraz sobie wierzyć (internet działa jak szalony).

Sobota 11 sierpnia.  Jedziemy w Tybet. Prawie cały dzień to pada to się przestaje na trochę, nieco słońca pokazuje się dopiero po południu. Szkoda, bo trasa bardzo widokowa. Najpierw zatrzymujemy się na chwilę nad Jarlungiem (dalej Brahmaputrą) – najdłuższą rzeką Tybetu. Potem pniemy się na przełęcz Gampa, 4794 m n.p.m., wjeżdżając w chmury. Ale na chwilę się przejaśnia – widok z parkingu na podjeździe w stronę doliny Jarlung:
Jarlung River
Na samej przełęczy pada i mgła, więc szybko zjeżdżamy nad Jezioro Yamdrok (ok. 4450 m n.p.m.) – jedno z trzech świętych jezior Tybetu – wąskie, kręte i dużymi odnogami. Kora dokoła Yamdrok’u trwa ok. 2 tygodni.  Nieco się przeciera:
Holy lake Yamdrok
Na parkingach jaki, olbrzymie tybetańskie psy z lwią grzywą (używane jako psy pasterskie) i małe kózki przygotowane do zdjęć z turystami (po 10 yuanów, za zdjęcie samego zwierzaka też trzeba płacić):
Yaks waiting for tourists: 10 yuans per photo
Po dłuższej jeździe wzdłuż jeziora i lunchu podjeżdżamy na kolejną przełęcz Karo (5039 m n.p.m.) pomiędzy siedmiotysięcznikiem i sześciotysięcznikiem. Widać tylko końcowe zerwy jednego z lodowców:
The head of a glacier at the Karo La (Karo Pass)
Zjeżdżamy na drugą stronę przełęczy i pokazuje się słońce. Tak wygląda okolica doliny:
The valey surrounded by wild peaks
A takie widoki z parkingu nad kolejnym, ale sztucznym, jeziorem:
Another, artificial lake: water power is number one power in Tibet
I nareszcie śnieżne szczyty, chociaż na moment:
Finally snowy peaks comes out from clouds for a while
Modlitewne flagi: ta para dodaje jeszcze jedną linkę:
Never enough prayer: prayer flags and wind can do it for you
Nocleg w Gyangtse, niewielkim mieście z ciekawym klasztorem i zamkiem obronnym. Zwiedzanie jutro rano. Wieczorem znowu pokapuje, jest chłodno.

10 sierpnia, 2018

Lhasa: Potala i Jokhang



Czwartek, 09 sierpnia. Ciąg dalszy. Po południu ładnie się rozpogodziło i obleciałem kawałek starówki, ale głównie, jako miłośnik sztuki naskalnej, szukałem buddów namalowanych na skalnym urwisku. Po kolei:
Police at the entrance to the most sacred Tibetan temple Jokhang
This is love!
Or/and perhaps this?
Potala palace, the traditional residence of dalajlama, now a museum

Żeby znaleźć moich naskalnych buddów musiałem się sporo nachodzić, bo teren między Potalą a klifami zajęły budynki wojskowo-rządowe. Ale w końcu:

There might be around 1000 buddas here on the cliffs, they say
Some of the pictures may be 1000 years old, they say
Along the cliffs there is one of the pilgrimage routes in Lhasa
Pielgrzymki, nazywane w tybetańskim kora, są tu bardzo popularne i polegają na obchodzeniu dokoła świętych miejsc ze śpiewem mantr, kręceniem przenośnym młynkiem modlitewnym albo odmawianiem buddyjskiego różańca. Pielgrzymów spotyka się w Lhasie bez przerwy. Ta akurat jest najdłuższa i obchodzi właściwie całe stare miasto z Potalą i wzgórzem Chakpori z klifami i nieistniejącą już uczelnia medycyny tybetańskiej, z jej wszystkimi świętymi miejscami. Na przednim planie kobieta w tradycyjnym stroju z pasiastym fartuchem, a w głębi nadchodząca buddyjska mniszka. 
Piątek, 10 sierpnia. Dzień wstał pochmurny, i nawet trochę popaduje. Całą noc bolała mnie głowa, przyznaję się bez bicia, i dopiero druga para apapu pomogła. Dzisiaj zwiedzanie Potali i Jokhang.
Zaczęliśmy rano od Potali:
Potala seen from its base
Visitors need to climb this staircase


A few details of Potala
The golden roofs of Jokhang temple
Walking kora (pilgrimage) around Potala
By, by Potala
We wnętrzach Potali nie wolno robić zdjęć. Biała część to zabudowania rządowe i mieszkalne (między innymi dalajlamy). Część czerwona to zespół kaplic i świątyń, w tym czorteny (grobowce w kształcie mandali) wszystkich dalajlamów z wyjątkiem szóstego (chyba), który zmarł w trakcie podróży do Chin. Obecnie Potala ma status muzeum, ale w części religijnej pielgrzymów i turystów nadzorują też mnisi.

Jokhang, jedna z dwu buddyjskich świątyń powstałych w VII wieku. Zrównana z ziemią w czasie "rewolucji kulturalnej", obecnie odbudowana.
Red flag with with sickle and hammer over the entrance to Jokhang
Czerwona flaga musi wisieć na każdym budynku, czy to w mieście czy na wsi. Ale:
Dalajlama's apartment in Jokhang: not used currently
Każde pomieszczenie, w którym zatrzymywał się dalajlama w czasie podróży po Tybecie stawało się automatycznie kaplicą.
Wooden porticos of the temple
W samej świątyni zakaz fotografowania. Na tyłach głównego ołtarza znajduje się złoty posąg dwunastoletniego Buddy przywieziony w VII wieku przez chińską księżniczkę przeznaczoną na żonę dla króla Tybetu i założyciela Lhasy. Druga z żon, z Nepalu, przywiozła podobny posąg, ale z brązu. A teraz na Barkhor - trasę kory wokół Jokhang:
 
Barkhor: the route of kora around Jokhang. The red flags coexist with the prayer flags, but how long?
Te "wiechcie" na rogach domów to kije z flagami modlitewnymi; do "przyjścia Chińczyków" były to jedyne ozdoby dachów. Starówka została niedawno wyburzona i odbudowana na nowo, co podobno wyszło jej plastycznie na dobre. Tyle, że użyto betonu, a tylko fasady wyglądają jak dawniej. Tyle, że wysiedlono Tybetańczyków na przedmieścia, a na ich miejsce często gęsto przyszli Chińczycy.













09 sierpnia, 2018

Lhasa 1

Czwartek, 09 sierpnia. Już Lhasie. Pozwolenia dotarły na czas. Trochę padało kiedy przylecieliśmy, mają tu zresztą powódź na Brahmaputrze, która w Tybecie nazywa się Yarlung Tsangpo, co widać z samolotu. Odpoczywam sobie zgodnie z zaleceniami (aklimatyzacja) i walczę z internetem, o dziwo dość skutecznie: dodałem do poprzedniego wpisu zdjęcia pand i Wielkiego Buddy. Zaraz wybieram sie na miasto (tylko 450 000 mieszkańców), ale nie mogę oprzeć się pokusie wrzucenia jednego zdjęcia z lotu:
Gongga 7556 m
To najdalej wysunięty na wschód siedmiotysięcznik himalajski (jeżeli tu jeszcze można mówić o Himalajach - te pasma mają swoje nazwy, akurat to Konggar Shan, to zresztą teren obecnej prowincji Syczuan, która połknęła spory kawałek starego Tybetu), wspaniała sylwetka północnej ściany. I może jeszcze trochę lodu z rejonu pięciotysięczników?
Glaciers and peaks above 5000 m between Sichuan and Tibet
Połączenie przy pomocy VPN - to jest ten sposób na chińską cenzurę - jakoś dzisiaj działa, chociaż musiałem serio popracować, żeby je złapać (ciągle się uczę). Tuż przed wyjazdem przeczytałem informację, że Chińczycy zwiększyli o 300% skuteczność blokowania VPN-ów. Zobaczymy, jak będzie dalej.

08 sierpnia, 2018

Panda i Budda

Środa, 08 sierpnia. W nocy pada, rano pada, ale przestaje na czas, kiedy buszujemy po terenie Instytutu Hodowli Pandy Wielkiej. Potem znowu pada aż do Leshan (ok. 200 km od Chengdu, bagatela: tylko 3 – 4 miliony mieszkańców) i kiedy wędrujemy do głowy Buddy Matreji (Buddy Przyszłości), który mierzy 71 m wysokości, a jest wyrzeźbiony w nadrzecznym klifie. Rozpogadza się dopiero na króciutką wycieczkę statkiem, żeby obejrzeć Buddę z rzeki (podobno tylko z rzeki mieści się cały w obiektywie). Zdjęcie jest na początku wpisu, bo to jest inny sposób przechytrzania, wczorajszy dzisiaj nie działa.
Zdjęcie daję na przystawkę, postaram się potem (tzn. kiedy?) wrzucić więcej. Poprzedniej nocy bardzo źle spałem: kładę się tu o polskiej 18-tej a wstaję o 24-tej (tutaj szósta rano); jutro nawet o 23-ciej, bo o tutejszej szóstej wyjeżdżamy na lotnisko. Ale… (niestety jest i ale) o ile przyjdą w nocy poprawione zgody na wjazd do Tybetu i nie będzie w nich błędów, a były w poprzednio wystawionych, stąd konieczność wymiany. Pilotki czekają (nie chcą nas budzić po nocy, żebyśmy sami sprawdzili poprawność), i wszystko będą musiały same dokładnie przejrzeć. Nie jest to łatwy chleb.

Trochę więcej zdjęć:
Great panda on a tree
Pandas on the ground
Watching pandas
Little (red) panda

I jeszcze trochę Wielkiego Buddy:
At the Budda head. In the background: the queue to get down to his feet
At the Budda feet
And the way back to the hill
Nie czekaliśmy w kolejce do zejścia na dół, trwa to zwykle przynajmniej dwie godziny (wspólnie i zgodnie czekają tu buddyści i ateiści) - wybraliśmy za to podgląd ze statku. Rzeźba powstała w VIII wieku, wykuwano ją ponoć 90 lat w celu zapewnienia opieki Buddy dla rybaków, których łódki często tonęły przy tym klifie u zbiegu dwu szybkich rzek.



07 sierpnia, 2018

Chengdu


Wtorek, 07 sierpnia (czasu lokalnego). W samolocie powoli taję i po jakichś dwu godzinach lotu dociera do mnie powoli świadomość, że znowu jestem w drodze, znowu tłukę się po świecie. I po co? Żeby odpocząć?

tłukę się w kółko
na kuli uwięziony
więzy przecieram

W Warszawie są upały? Wczoraj po południu, kiedy wylatywaliśmy, w Doha było 42, a o pierwszej w nocy, kiedy tam przylecieliśmy, 37, i tak jest co roku. W Chengdu 30 i pada (mają tu trzy zbiory ryżu rocznie).
Z ciekawych rzeczy dotyczących lotu, ciekawych przynajmniej dla wielbicieli Simonki, wspaniały album „Nina Simone sings the blues”, i wiele innej dobrej muzyki, np. blues i rock Van Morrisona.
Aha, jest nas szesnaście osób, ale mam jednak pojedynczy pokój jako jedyny męski singiel.

Po przylocie krótkie zwiedzanie Chengdu (bagatela: 15 milionów mieszkańców). Przede wszystkim świątynia Wuhou z III-IV wieku (realnie stan z XVIII-XIX):
The entrance to Wuhou temple seen from inside
Warto tu zauważyć zewnętrzny mur zasłaniający wejście do świątyni z zewnętrznej strony (w świetle bramy). Jego postawienie było związane z przekonaniem, że duchy naładowane negatywną energią mogą poruszać się tylko po liniach prostych po powierzchni ziemi (coś jak ruch po geodetykach w ogólnej teorii względności :-) ), a więc mur przed bramą skutecznie zabezpieczał świątynię przed ich inwazją. Świątynia jest poświęcona królowi państwa Shu (dzisiejszy Syczuan):
A king of Shu, the temple is in his honour
A tak naprawdę jest tu czczony (w oddzielnym, mniejszym i niższym pawilonie) jego generał i pierwszy minister, Zhuge Liang, który zrobił wiele dobrego dla tak zwanych zwykłych ludzi i bił się dzielnie, ratując króla z niejednej opresji – do tej pory każdy Chińczyk wie, kto zacz:
King's general Zhuge Liang, well known to all Chinese
Wachlarz w jego ręku symbolizuje mądrość, zwłaszcza tę zdobytą przez naukę. Podobno przychodzą tu młodzi ludzie z prośbą o wstawiennictwo generała w sprawie ich przyjęcia na jak najlepszy uniwersytet. Inne bardzo popularne miejsce:
This place is blessed by gods (as stated on the stone)

A ta czerwona uliczka jest chętnie nawiedzana przez filmowców, i jeszcze warto wspomnieć, że w różnych miejscach świątyni tradycyjnie ubrane dziewczyny grają na tradycyjnych instrumentach tradycyjną muzykę - wspaniałe odświeżenie nawet w największe upały):
Flute or mobile?
Potem stara (a właściwie zrobiona na starą) dzielnica z uliczkami pełnymi knajp, knajpek i sklepów z chińskim rękodziełem:
Jinli street: buy and eat
Po kolacji (na ogół jemy tak: okrągły stół na osiem lub więcej osób, na środku obrotowe szkło, na którym stawiają kolejne dania i każdy może sobie nałożyć co i ile chce; dania chińskie, też tak czasem i w Tybecie) jedziemy do hotelu (znany skądinąd IBIS).

06 sierpnia, 2018

Na wyżyny

Poniedziałek, 6 sierpnia 2018. Znowu w drogę, a przecież miałem zamiar spędzić lato w domu. Jednak nie wytrzymałem. Tym razem dość wysoko - Lhasa jest położona na około 3600 m n.p.m, nieco wyżej niż Cusco w Peru. Głowa trochę poboli, oddech będzie krótki, ale może nic więcej się nie przyplącze. W Cusco ratowałem się herbatką na liściach koki, a w Tybecie?
Logistyka podobna jak przy wyjeździe do Panamy i Kostaryki: wycieczka Itaki, podobno hit tej firmy, miejsca rzeczywiście wykupione na miesiąc przed wyjazdem; nie zdążyłem załapać się na jedynkę. W skrócie ma to wyglądać tak: lot katarskimi liniami do Chengdu w Syczuanie przez Dohę w Katarze, jeden dzień w Chengdu i okolicach, przelot do Lhasy, 5 dni w Tybecie, przelot do Szanghaju, 2 dni w Szanghaju i powrót tą samą drogą do Warszawy.
W Chinach dostęp do wszystkich produktów Google, Twittera, Facebooka, etc., jest całkowicie zablokowany, ponieważ te firmy nie zgodziły się na wdrożenie państwowej chińskiej cenzury internetu, nazywanej Wielkim Chińskim Murem Ognia (Great Chinese Firewall). A ten blog na guglach siedzi... Jest więc problem, ale, jak to w internecie, na wszystko jest sposób, a niektóre sposoby (o dziwo legalne, choć utrudniane przez chińską kadrę informatyków) zostały opisane w przewodnikach. Może więc i mnie uda się przemyt na własny blog. A jak nie, to przynajmniej zostanie ta informacja, że wyjechałem.
Problem internetu, dotyczący zresztą całych Chin, to pestka w porównaniu z sytuacją polityczną w Tybecie. Polecam zainteresowanym książkę Roberta Stefanickiego "Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu". Przypominają się najgorsze okresy wynaradawiania Polaków w czasach rozbiorów. Bestialstwo "rewolucji kulturalnej" to jeszcze inna historia, bo dotknęło ono całe Chiny, ale w Tybecie miało szczególnie złowieszczy oddźwięk.

Ja tak o wysokościach, ale popatrzmy choćby na ten wspaniały brąz mapy Tybetu:
How bronze is whole Tibet! How may lakes!
Zaskoczyła mnie liczba jezior, i to jakie ogromne! Niektóre słone, niektóre święte. Przy nich małe białe plamki lodowców to drobinka (najwięcej na granicy chińsko-nepalskiej). A podobno jest to największa (sumarycznie) powierzchnia lodowa po Arktyce i Antarktyce, też zresztą błyskawicznie się zmniejszająca. I jeszcze zbliżenie na okolice Lhasy, gdzie będziemy podróżować:
To the west of Lhasa: there we go.