29 sierpnia, 2017

Mauke 2



Sobota, 26 sierpnia czasu lokalnego. Niestety nie udaje mi się dobrać na Mauke do internetu, biuro BlueSky zamknięte, wiadomo sobota, a próby zapłacenia kartą kończą się fiaskiem (mój system raportuje niezgodność ich certyfikatów bezpieczeństwa). O kłopotach z wersją internetową kupowania dostępu mówili mi już na Rarotonga, ale myślałem, że to tylko namawianie na kupienie od nich. No cóż, trzeba będzie wytrzymać te trzy dni.
Maorysi/Polinezyjczycy to bardzo mili ludzie. Prawie wszyscy mijający mnie się na drodze, na ogół na motorowerach, bardzo ładnie się uśmiechają, często machają mi ręką, mówią Kia Orana lub Hej. A może śmieszy ich widok dorosłego białego na rowerze?
Maorysów mogłem bez trudu rozpoznać już w samolocie Sydney – Auckland. Wystarczy wiedzieć, że to potężnie zbudowani ludzie. A przede wszystkim mają nadwagę, wielu jest po prostu otyłych. Taka sama sytuacja jest na wyspach Cooka. Dotyczy to zarówno kobiet jak i mężczyzn. Wyjątków jest niewiele, poza bardzo młodymi ludźmi. Dwa ostatnie wieczory na Atiu spędziłem w towarzystwie miejscowych notabli i gości z innych wysp. Na Atiu odbywały się obrady kukańskiej komisji energetycznej. W ośrodkach, w których mieszkałem, widziałem panele energetyczne na dachach. Wiem, że Atiu ma własny Power house z generatorem prądu. Na Mauke do pompowania wody wykorzystują wiatr. Na pewno energia jest tutaj poważnym problemem. Uroczystym obiadom komisji, które odbywały się w moim ośrodku, towarzyszył kilkunastoosobowy zespół złożony przede wszystkim z dużej grupy kobiet śpiewających i grających na ukulele, kilku mężczyzn tylko grających na ukulele, kilku kobiet tylko śpiewających i jednej kobiety grającej na bębnie. Repertuar wyłącznie maoryski, bardzo skoczne melodie. Drugiego wieczoru doszły tańce w wykonaniu czterech pań. Polegały przede wszystkim na kołysaniu biodrami i ruchach rąk. Zaskakujące jak te grubaski wspaniale tańczyły!
Po bezskutecznych próbach dostania się do internetu, jadę na południe wyspy. Środek ma czerwoną ziemię, potem zaczyna się jasna makatea, podobnie jak na pozostałych wyspach. W centrum znajduje się słynny(tzn. opisywany w przewodnikach jako atrakcja) podzielony kościół:
Należy do CICC (Cook Islands Christian Church), został wybudowany w XIX wieku połączonymi siłami dwu wiosek, ale kiedy przyszło do ozdabiania wnętrza, wioski nie mogły dojść do porozumienia. Na środku wybudowano mur (potem zburzony) i każda wioska ozdobiła swoją połowę tak jak chciała. Wygląda to mniej więcej tak:
Różnicę między dwoma częściami kościoła najlepiej widać na suficie. Trzeba było oczywiście zrobić jeszcze dwa oddzielne wejścia do kościoła (patrz poprzednie zdjęcie).  
Wybrzeża na południu i zachodzie są trudno dostępne:
Odnajduję faceta (wiem o nim z przewodnika), który oprowadza turystów po wyspie i umawiam się z nim na niedzielę po południu. Dzisiaj nie może, bo świętuje szabat. Dowiaduję się od niego, że na Mauke jest jeszcze jeden turysta, Australijczyk. Przejeżdżając koło portu zatrzymuję się z ciekawości przy budynku, który wygląda na kościół, ale nie ma krzyża:
Okazuje się, ze to kościół… katolicki. A wiec mamy na tej wyspie dwa kościoły. Ten przy porcie, pod wezwaniem św. Michała Archanioła, jest większym i chyba głównym kościołem (tutaj znajduję informację o porządku mszy), a ten na górce, w centrum, niedaleko od podzielonego kościoła CICC, jest prawdopodobnie czymś w rodzaju kaplicy pod wezwaniem św. Marii (st. Mary). Miałem z tym wezwaniem kłopot już przy katedrze w Sydney, bo sugeruje ono Matkę Boską, ale zwykle ma jakieś dodatkowe określenie. Okazało się wtedy, że chodzi o św. Marię od Krzyża (st. Mary of the Cross), pierwszą, i jak dotąd jedyną, australijską świętą, z pochodzenia Francuzkę. Ale św. Marii jest dużo i nie wiem, o którą chodzi na Mauke.
Przy drodze z centrum na lotnisko nieoczekiwanie natykam się na marae:
Nie ma go w przewodniku, wygląda na rekonstrukcję (która według przewodnika powinna być w innym miejscu, dowiem się może więcej jutro):
Po słonecznym poranku pogoda powoli się zmienia. Jest coraz więcej chmur, czasem spada kilka kropel. Po obiedzie wybieram się na zwiedzanie południowo-wschodniego wybrzeża. Nadciągają ciemne chmury i po chwili porządnie leje. Jestem akurat w pobliżu ciekawego rezerwatu starych drzew, wyglądających na fikusy:
Pada coraz mocniej i z liści zaczyna kapać, więc decyduję się wracać do domu. Na szczęście skafander mam w plecaku. Później, już z werandy mojego domku, przyglądam się po raz pierwszy Pacyfikowi zasnutemu deszczem.
Dan na Rarotonga, 28 sierpnia czasu lokalnego.

Mauke 1



Ale najpierw jeszcze trochę wspomnień z Atiu. Pogoda się zmieniła i na Atiu, poza dniem mojego przylotu, już nie wiało tak mocno jak na Aitutaki, a chwilami wiatr zupełnie ustawał. Mieszkałem na wzgórzach, ale w miejscu gdzie zaczynają one opadać do morza, na granicy lasu. Między domkami (to akurat mój, ale wszystkie są podobne, zdjęcia zrobione od strony wejścia i od strony werandy):

 
starannie zadbana parkowa dżungla, jeżeli można tak powiedzieć. No i basen.
Mojego drugiego wieczoru na Atiu, kiedy ustał szum wiatru, ze zdziwieniem usłyszałem cykady. Poza tym było cicho. Kolejnej, również bezwietrznej nocy, oprócz cykad słychać było morze. Powtarzający się jakby szum silników lecącego samolotu, chwila ciszy, znowu szum i tak w kółko. Szum był na tyle oddalony, że nie zagłuszał cykad. Cykl szumu i ciszy bierze się, jak wydedukowałem, z cyklu fal uderzających o brzeg. Trzy wysokie fale, z których pierwsza jest najwyższa, fala średnia i trzy fale niskie. Cykl ten jest kluczowy dla rybaków, którzy wypływają z laguny na morze lub z niego wracają przez rafę. Można tego dokonać tylko w pewnych miejscach i trzeba wykorzystać okres trzech fal niskich, żeby nie rozbić łodzi o rafę. Ale dlaczego nie słyszałem morza poprzedniej nocy? Nie wiem, może to zależy od stanu pływów lub wilgotności powietrza? Na przykład, w pewne noce wyraźnie słyszę na Kabatach szum aut na szosie Wilanów – Konstancin, a w inne potrafi być zupełnie cicho.
Poranki dosyć często są tu pochmurne, chociaż trafia się także słońce od samego świtu. Dzisiaj jest wyjątkowo pochmurnie, wieje kapryśny wiatr, zarówno na Atiu jak i na Rarotondze. Czy to oznacza zmianę pogody? 
Było rzeczywiście pochmurno cały dzień, oba moje loty (na Rarotongę i na Mauke) cały czas nad chmurami, prześwity rzadkie. Jestem jedynym białym w samolocie na Mauke. Pozostali pasażerowie wiozą wspaniałe konstrukcje kwiatowe, jest sporo wolnych miejsc (leci 8 osób na 15 miejsc), więc jest je gdzie poustawiać. Na lotnisku tradycyjne przywitanie, wieńce z kwiatów i pocałunki. Pogoda nieco się poprawia. Niektórzy paradują w wieńcach na szyję z białych, mocno pachnących kwiatów i w kolorowych wiankach na głowie:
Ośrodek, w którym mieszkam, jest położony 100 m od portu lotniczego. Dostaję znowu domek z kuchnią i łazienką (gorący prysznic, jak zawsze), ale tym razem mam w rozpisce wszystkie posiłki. W zasadzie poza porami dowożenia posiłków jestem zupełnie sam. W pobliżu nie ma żadnych domów oprócz budynków portu lotniczego zupełnie pustych poza godzinami przylotu samolotu (trzy razy w tygodniu). Absolutny spokój, poza kogutami, które zaczynają piać o piątej rano, świniami, które pochrumkują w ciemności, kozami, które meczą, i wiatrem, który ucichł w nocy. Mam piękny widok na ocean, ale przez ogrodzony pas startowy. Szumu fal nie słyszę; makatea Mauke na tym odcinku wybrzeża jest podniesiona kilkanaście metrów nad poziom morza, a laguna bardzo wąska, więc prawdopodobnie wysoki brzeg zasłania akustycznie odgłos fal przyboju.
Po południu biorę rower… łatwo tak napisać, ale sprawa okazała się skomplikowana. Oba rowery ośrodka mają uszkodzone dętki, w końcu przywożą mi jakiś inny rower na sprawnych gumach, ale hamulce nie działają. Słyszę „Nie będą ci potrzebne”. Rzeczywiście wyspa jest prawie idealnie płaska, z niewiele tylko wypiętrzonym środkiem (27 m npm). Oglądam sklep, kupuję herbatniki i makaroniki instant na wszelki wypadek. Podziwiam dużą ilość kościołów różnych wyznań. Znajduję też kościół katolicki:
i port:
Następnego dnia budzi mnie piękne słońce. Wybieram się do centrum wyspy sprawdzić, czy w okolicy miejscowego Telecomu uda mi się wysłać ten post.
Dan na Rarotonga, 28 sierpnia czasu miejscowego.

26 sierpnia, 2017

Rarotonga przelotem

Piątek, 25 sierpnia czasu lokalnego. Piszę na lotnisku w Rarotondze. Może warto wspomnieć, jak tu funkcjonuje internet. Istnieje jeden dostarczyciel internetu i innych usług telekomunikacyjnych, BlueSky. Ma on własne hotspoty na niektórych wyspach i właśnie z jego hotspota korzystałem na Aitutaki. Opłaty wynoszą np. 30 NZD za 1 gB na 10 dni, ale wykupiony dostęp działa na wszystkich hotspotach BlueSky. Właśnie korzystam z dostępu wykupionego an Aitutaki, ale zostało mi już tylko pół godziny. Niektóre ośrodki mają własne hotspoty, i tak miałem na Rarotondze i Atiu. Zwykle nie ma wtedy zasięgu hotspotów BlueSky. Ośrodki często dają pewien dostęp darmowy, np. 75 mB na 24 godziny, ale mi to nie wystarczało i dokupywałem transfer. Taki dostęp działa tylko w zasięgu hotspota ośrodka. Co będzie na Mauke, nie wiem, nie mogłem znaleźć konkretnych informacji w internecie. Może zamilknę na kilka dni.
W samolocie z Atiu na Rarotongę siedziałem na miejscu bez okna, więc żadnych zdjęć nie ma.
Dan na lotnisku na Rarotonga, 25 sierpnia czasu lokalnego.

25 sierpnia, 2017

Atiu 4

Czwartek, 24 sierpnia czasu lokalnego. W nocy padał deszcz. Fakt ten jest ważny dla mieszkańców, bo chociaż obecnie mają studnię i wodę doprowadzoną do domów, to poziom wody w studni zależy od opadów, i zdarzają się braki. A teraz akurat mamy porę zimną i suchą. Kiedyś zostały pobudowane kolektory wody deszczowej dla każdej wsi, teraz każdy dom ma swój własny kolektor. Ale i tak wszystko zależy od tego ile napada. Zadawałem sobie pytanie jak było z tą wodą jeszcze wcześniej. Odpowiedź znalazłem dzisiaj w książce "Atiu. An Island Community" napisanej przez ośmiu mieszkańców Atiu i wydanej po raz pierwszy w 1984 roku; jej powstanie było wspierane, oprócz władz lokalnych, przez UNESCO.
Mianowicie, przed przybyciem misjonarzy większość wiosek znajdowała się w pasie żyznej, uprawnej ziemi rozciągającym się pomiędzy wzgórzami a makateą, obejmującym tereny bagienne ale i źródła wody, lub w pobliżu terenów uprawnych na makatea. Zgromadzenie wszystkich mieszkańców na wzgórzach spowodowali misjonarze po to, żeby można się było wspólnie modlić. Oni też wprowadzili podział na pięć wiosek, których nazwy oznaczają po prostu ich położenie według stron świata (są to po prostu nazwy kierunku na wioskę od centralnie położonego kościoła, zbudowanego w połowie XIX wieku). Autorzy podkreślają znaczną ilość wspólnie podejmowanych decyzji, zwłaszcza w porównaniu z innymi wyspami Oceanii. Ciekawostką jest, że Atiutanie posiadają wspólnie wyspę Takutea, ten atol z pojedynczą wyspą pośrodku jest pokazany z powietrza w poscie Atiu 1, która zresztą nie jest przez nich użytkowana i jest uznana za ostoję ptaków morskich. Dla bibliofilów: w małej książeczce wydano wspomnienia miejscowych dzieci z wycieczki szkolnej na tę wyspę (zliczano ptaki), większość wierszem ("Takutea. A Collection of Childrens Poems", 2008). Atiutanie wybudowali również własnymi siłami lotnisko, a kiedy okazało się, że pas startowy jest za krótki, wybudowali drugie, działające do tej pory. W tym kontekście powstanie na Atiu prywatnego rezerwatu jest trochę mniej zaskakujące.
Po południu odłożona z powodu palucha wycieczka do jaskini ptaszków kopeka. W zasadzie jet to system wielkich kawern, bogatych we wszelkie akcesoria jaskiniowe, jak stalaktyty, stalagmity i stalagnaty:

Jedna z tych kawern przechodzi w jaskinię, która jest zamieszkana przez kopeka. Rozległy otwór tej kawerny zamyka kotara:
Co to są za rośliny, nie mam pojęcia. Wdzierają się też do wnętrza kawerny:
Ptaszki kopeka (Atiu swiftlet - Aerodramus sawtelli) żyją tylko na Atiu. Gniazdują w ciemnej jaskini, w której nawigują echolokacyjnie wydając słyszalne kliknięcia. Wylatując z jaskini przechodzą na sterowanie wzrokowe. Jedyny taki gatunek na świecie. Jest ich w tej jaskini nie więcej niż sześćset. Zasiedliły jeszcze jedną jaskinię i to wszystko. Nie udało mi się pstryknąć ptaszka, chociaż fruwały nad nami, ale przynajmniej dwa zdjęcia terenu, w którym muszą nawigować (czyli sufitu jaskini):
 
W jednej z kawern znajduje się kamienny kurhan wodza z zamierzchłych czasów:
Podobno takich kurhanów jest na Atiu kilka.
Wielką atrakcją tej wycieczki jest kąpiel w podziemnym jeziorku, położonym w jaskini innej niż zamieszkana przez kopeka. Skorzystaliśmy z tej okazji wszyscy, a było nas sześć osób. Woda w miarę ciepła, przewodnik zapalił świeczki, ale do przepłynięcia mieliśmy tylko kilka metrów. Podobno nurkując można stąd dotrzeć do innych części tego systemu jaskiń.
To ostatni post z Atiu. Jutro lecę na Mauke z przesiadką na Rarotonga. Jak na Mauke będzie z internetem, nie mam zielonego pojęcia.
Na zakończenie jeszcze jedna zielona zagadka, ale tym razem dla miłośników przyrody:
 
Dan na Atiu, 24 sierpnia czasu lokalnego.

24 sierpnia, 2017

Atiu 3

Środa, 23 sierpnia czasu lokalnego. Rano lenię się, czyli piszę post. Po południu... to co zawsze robię tu po południu: biorę rower i jadę szukać kolejnych marae. Znalazłem jeszcze jedno, Marae Orongo, w którym goszczono ludzi Cooka. To marae wykorzystuje naturalne skały, a pomiędzy nimi są dobudowane murki z kamieni. Najbardziej rzucającą się w oczy skałą jest wysoki trójkąt:
Ślady murków:
Stan obecny Marae Orongo:
Drugie marae znajdowało się na terenie wioski i pozostał po nim pomnik upamiętniający przybycie z Tahiti pierwszych misjonarzy chrześcijańskich w 1823 roku (pastor John Williams i Tahitańczyk Papeiha - to on przemawiał, język był prawie ten sam tu i na Tahiti). Zostali oni poddani w tym miejscu próbie: mieli zjeść trzcinę cukrową ze świętego gaju, na którą było absolutne tapu. Przeżyli, co nas nie dziwi, a wódz zgodnie z obietnicą nawrócił się na wiarę, którą głosili. Dzień ich przybycia na wyspę, 19 lipca, jest na Atiu obchodzony jako Święto Dobrej Nowiny (Gospel Day). Wspomniana próba odbyła się kilka dni później. A oto pomnik:
Zaraz obok leży kilka naturalnych słupów kamiennych - stalagmitów pochodzących z jaskiń w makatea:
Ustawienie takiego słupa pionowo i umieszczenie na nim głowy boga wojny mogło oznaczać rozpoczęcie wojny. Williams natychmiast po zwycięskim przejściu próby kazał spalić posągi (na ogół drewniane) wszystkich miejscowych bogów.
Trzeciego zaplanowanego marae nie mogłem odnaleźć, ale z bardzo ciekawej trasy warto przytoczyć kilka zdjęć. Na przykład widok wioski:
Na Atiu mieszka teraz 400 osób, podczas gdy dwadzieścia lat temu żyło ich tu 1500. Ludzie stąd wyjeżdżają, przede wszystkim na Nową Zelandię i do Australii. Jackie na przykład wróciła po kilku latach pracy w Australii (woli wolny, wyspiarski tryb życia). Spotkałem dzisiaj faceta wypalającego krzaki w zgrabnych koralowych zagrodach na makatea - trzyma tam kury i świnie. Pod koniec roku robią zlot rodzinny, ma przyjechać dwieście osób. Dużo domów jest opuszczonych, dotyczy to zresztą wszystkich wysp. Opuszczony i rozpadający się dom z zadbanym grobem (po lewej stronie):
Tutejsza parafia liczy ok. 200 osób. Na Atiu mieszka ksiądz, który posługuje również na Aitutaki (akurat dzisiaj tam poleciał) i sąsiedniej Mangaia. Wyznań jest tu podobno sześć, a wiosek pięć. Widziałem kościoły Cook Island Christian Church (pozostałość po pierwszych misjonarzach), Adwentystów Dnia Siódmego i świadków Jehowy. 
Potężna kilkunastometrowa skała koralowa na makatea:
Zachodzę w głowę, jak powstają takie koralowe struktury.
Kobiety wędkują, akurat ta w głębokich dziurach odpływowych (sink holes) w lagunie; zaczyna się przypływ, woda napływa z falami przez rafę i ścieka do tych odpływów:
Na skałach koralowych można znaleźć piękne wzory:
 
a na rafie ciekawe struktury w postaci jakby basenów:

Dan na Atiu, 23 sierpnia czasu miejscowego.

Atiu 2

Wtorek, 22 sierpnia czasu lokalnego. Po południu biorę rower i jadę zwiedzać wyspę (po starannym zabezpieczeniu poszkodowanego palucha). Zjeżdżam trasą zaplanowaną na wczoraj, tym razem trafiam na właściwą drogę. Szeroka, znowu karkołomny zjazd, a na koralowym spłaszczeniu przebija się śmiało przez porozwalane kolejne wypiętrzenia raf, które z takim mozołem forsowałem wczoraj:
Ziemia na wulkanicznych wzgórzach jest czerwona:
a piasek na plażach biały:
Nad koralowymi klifami:
Odnajduję pierwszą marae:
Kamienie obramowują prostokątne obszary. Takich obramowań jest tu dużo, największe głazy są niestety gęsto zarośnięte. W tych obramowaniach siedzieli ariki (czyli wódz wyspy), czarownik (kapłan?) i pomniejsi wodzowie, a ludzie stali na zewnątrz.
Dookoła wyspy po makatea biegnie droga. Tak wygląda na południowym wybrzeżu:
a tak na zachodnim:
Droga przebiega tutaj przez prywatny rezerwat utworzony w zeszłym roku przez właścicieli tych terenów (każdy kawałek Atiu do kogoś należy) ze względu na unikalny przyrodniczy charakter tego lasu. Podpisali oświadczenie, że nie będą bez porozumienia się z pozostałymi właścicielami  wprowadzać żadnym zmian w krajobrazie i lesie, a rezerwat ma służyć pożytkowi i przyjemności mieszkańców Atiu i przyjezdnych. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Gratulacje Atiutanom!
Atiu jest jedyną z wysp Cooka przy której rzeczywiście zatrzymał się Cook w 1777 roku. Sam nie zszedł tu na ląd, co mu Atiutanie zapamiętali, ale jego ludzie byli goszczeni na jednym z marae. Zostawili na pamiątkę psa, o co bardzo prosili mieszkańcy, którzy bali się krów i owiec wiezionych na okrętach wyprawy Cooka i zaproponowanych im jako prezent. Ten głaz w morzu został opisany w pamiętnikach z wyprawy Cooka:
Wspominam w tym momencie książkę Tony'ego Horowitza "Błękitne Przestrzenie. Wyprawa śladami kapitana Cooka", którą czytałem przed wyjazdem. Podróżował po miejscach związanych z Cookiem, ale na Atiu nie był.
Na granicy makatea i wulkanicznych wzgórz znajdują się podmokłe tereny, pozostałości po dawnych zatokach:

Kilka fragmentów lasu na stokach wzgórz:
 
 
 Niektóre palmy maja czerwone porosty na pniach:
Dla porządku jeszcze zdjęcie kościoła pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego z 1904 roku:
Kiedy po powrocie odstawiam rower, nagle uświadamiam sobie, że nie mam plecaka na plecach. Szybki rzut oka w tył: na pewno go miałem, kiedy robiłem zdjęcia lasu i czerwonej palmy, piłem wtedy wodę i położyłem go na ziemi. Trzeba tam wrócić. Było to niestety tuż przed podjazdem na wzgórza. Zabieram czołówkę, robi się już ciemno, mówię znajomej Amerykance, że spóźnię się na obiad i dlaczego. Zjeżdżam na dół, plecaka nie ma. Robię przegląd zawartości plecaka, ale nic tam nie było oprócz aparatu, przewodnika i kapelusza. Drapię się z powrotem na górę trzy razy szybciej niż poprzednio, co to znaczy stres. We wsi z mijającego mnie samochodu słyszę nagle "Jasek, we have your bag". To Jackie wracając z lotniska zabrała leżący przy drodze plecak, a od Amerykanki dowiedziała się, że należy do mnie i wyjechała, żeby mnie przywieźć na obiad. Św. Antoni od zgub? Ale co sobie pojeździłem, to moje
Dan na Atiu, 23 sierpnia czasu lokalnego.






 

22 sierpnia, 2017

Atiu 1

Poniedziałek, 21 sierpnia czasu lokalnego. Zostało mi jeszcze dwa tygodnie wakacji (modulo zmiana daty przy powrocie do Auckland). Ostatnia noc na Aitutaki była o tyle niezwykła, ze spadł porządny deszcz. Trochę co prawda kropiło w dzień, kiedy wiosłowałem, ale tylko na głowę i ramiona, bo niżej już krople nie dolatywały. Deszcz jest tu ważny dlatego, że woda pitna w naszym ośrodku to deszczówka, zbierana z dachu jednego z większych domków do dużego zbiornika. Woda w kranie służy tylko do mycia i jest odsalaną wodą morską, ciągle mającą jeszcze lekko słony smak. Herbata na takiej wodzie jest obrzydliwa.
Lot Air Rarotonga z Aitutaki na Atiu trwa ok. 40 minut. Muszę tu przeprosić tę linię, bo lecieliśmy innym samolotem niż ten, którym przyleciałem na Aitutaki. Air Rarotonga dysponuje więc przynajmniej dwoma samolotami. Mały dwu-śmigłowiec może zabrać 15 osób, leciała nas siódemka:
W dalszą trasę, na Rarotonga odleciał tylko jeden pasażer. Air Rarotonga to chyba jedyna linia lotnicza na świecie, która nie przeprowadza ani kontroli bagażu (sprawdzają tylko wagę) ani osób wchodzących na pokład. Na Aitutaki nawet nie chcieli zajrzeć do mojego paszportu, wystarczyło podać nazwisko. Po drodze na Atiu mijamy dwa małe, niezamieszkane atole, jak z Wikipedii:
Z podchodzącego do lądowania samolotu udaje mi się jeszcze rzucić okiem (obiektywem?) na Atiu przez okienko po przeciwnej stronie samolotu:
Wyspa jest cała zalesiona, ma bardzo wąską i płytką lagunę (najlepsza kąpiel jest w sztucznie zrobionym porcie), a te klify widoczne na zdjęciu są koralowe, pomimo, że wyspa ma pochodzenie wulkaniczne. Po prostu jest to stara rafa, która wynurzyła się razem z wyspą. Wynika mi z tego, że pionowy ruch wygasłego wulkanu może oscylować. Pas startowy na Atiu nawet nie ma sztucznej nawierzchni, to po prostu wyrównany skamieniały koral, skała zwana tu makatea.


Po południu biorę rower i mam zamiar przejechać się trochę i rozejrzeć po tutejszych marae. Hamulce nie najlepsze, na ostrym zjeździe muszę schodzić. Ale już wcześniej skręciłem w złą stronę, jak się później okazało. Wkrótce po tym zbyt stromym zjeździe droga przechodzi w ścieżkę. Po chwili ścieżka przedziera się przez koralowe skały - jestem na makatea, ale wcale nie gładkim. Muszę tachać rower po ostrych kamieniach w górę i w dół, ale mam nadzieję, że wkrótce dojdę do drogi okalającej wyspę. W pewnym momencie tracę równowagę i usiłując nie upaść uderzam paluchem lewej nogi o skałę. Rozcinam skórę, więc swoim zwyczajem przemywam skaleczenia śliną. Ścieżka wydaje mi się za długa, ale przepycham rower dalej. Uważam, ze nie warto wracać, słychać już morze. Nagle staję nad dziurą w ziemi, do której prowadzi mała drabinka. W dziurze widać wejście do jaskini. Jeszcze raz przeglądam mapy. Okazuje się, że najprawdopodobniej trafiłem niechcący na ścieżkę do jaskini, którą mam, zgodnie z pakietem, odwiedzić jutro z przewodnikiem i innymi chętnymi. Ścieżka się tu kończy. Muszę wracać, ale nie uśmiecha mi się ponowne przeciąganie roweru przez skały. Jest już dosyć późno, zmęczyłem się porządnie, i jeszcze ten paluch. Postanawiam zostawić rower i wrócić po niego jutro.
Ścieżka bez roweru wydaje się dużo krótsza, łatwiejsza i przyjemniejsza. Potem jeszcze trzeba przejść piechotą ze trzy – cztery kilometry, które poprzednio przejechałem na rowerze. Paluch puchnie i zaczyna pobolewać. W domu robię mu okład z altacetu, ale mam wątpliwości czy jutro będę mógł normalnie chodzić.
Wtorek, 22 sierpnia czasu lokalnego. Rano. Chodzić mogę, ale tylko w sandałach. Paznokieć na pewno będzie schodzić, cały paluch jest siny, smaruję go dodatkowo bedicortem. Włożenie butów czy jakiekolwiek drażnienie tego palucha nie wydaje się mi pożądaną opcją, przynajmniej na dziś. Idę do recepcji, gdzie spotykam Jackie, która nas przywiozła z lotniska. Tzn., przywiozła mnie i Amerykankę z Hawajów, specjalistkę od biologii rekinów, która z ramienia rządu amerykańskiego uczestniczyła w spotkaniu naukowców nadzorujących połowy zagrożonych gatunków ryb. Dwutygodniowe, doroczne spotkanie odbyło się tym razem na Rarotondze, a ona po jej zakończeniu porzuciła amerykańską delegację, aby spędzić część urlopu na wyspach Cooka.
Opowiadam historię mojej głupoty Jackie, która spokojnie mówi, że ktoś ściągnie rower sprzed jaskini, a ja powinienem się zrelaksować. Ze zrozumieniem przyjmuje też moją rezygnację z zaplanowanej na dzisiejsze popołudnie wycieczki do tej jaskini. Gniazdują w niej ptaki kopeka, które w ciemniejszej niż noc jaskini posługują się echolokacją, ewenement na skalę światową. Kiedy przepraszam za kłopoty, mówi "No problem. Something new." Usłyszeć swoją dewizę na małej wysepce na końcu świata i to od dziewczyny! Zupełnie mnie zatkało... 
Dan na Atiu, 22 sierpnia czasu miejscowego.